14-07-2017 (21:03)

Myślisz, że gender to wymysł XXI wieku? Możesz nie być gotowy na prawdę o seksie w II Rzeczpospolitej

Tysiące gimnazjalistów oddają się męskiej prostytucji a pedofilia uchodzi w mieszczańskich domach za formę zabawy z dziećmi. W samej Warszawie przeprowadza się 20 tysięcy aborcji rocznie. Jest rok 1930. Nowa książka Kamila Janickiego pokazuje przedwojenną Polskę, jakiej nie znacie.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Myślisz, że gender to wymysł XXI wieku? Możesz nie być gotowy na prawdę o seksie w II Rzeczpospolitej
( )

Tysiące gimnazjalistów oddają się męskiej prostytucji a pedofilia uchodzi w mieszczańskich domach za formę zabawy z dziećmi. W samej Warszawie przeprowadza się 20 tysięcy aborcji rocznie. Jest rok 1930. Nowa książka Kamila Janickiego pokazuje przedwojenną Polskę, jakiej nie znacie.

Gdyby ktoś poprosił Boya o wybranie dwóch słów najlepiej opisujących seksualność poprzedniego stulecia, raczej nie wahałby się z odpowiedzią. Narzeczeństwo i burdel. Ewentualnie jeszcze trzecie: strach. W tekście ze zbioru ”Zmysły…, zmysły…”, wydanego w 1932 roku, felietonista wyjaśniał: „Małżeństwo ówczesne nie miało nic z miłej cyganerii dzisiejszych stadeł, było aparatem serio, ach, jak serio… prawie tak, jak wieko od trumny”. Znajdowało to odbicie, po pierwsze, w długim i żmudnym okresie przygotowawczym. Pan młody musiał być bezsprzecznie gotowy do poświęcenia. Wymagano, by posiadał wykształcenie, zawód, pieniądze, by miał za sobą służbę wojskową, a w mieszkaniu postawił fortepian dla przyszłej żony. Ludzie, jak wspominał Boy, ”byli wtedy wściekle przezorni”. Nikogo nie dziwiły narzeczeństwa trwające kilka, a nawet kilkanaście lat. Cały ten czas z jedną tylko rozrywką: rozmową.

(img|745002|center)

Epoka Hipokryzji, CiekawostkiHistoryczne.pl

”Dziś młodzi idą razem do kina, do dancingu, do kawiarni. Wówczas tego wszystkiego nie było, mogli się tłamsić tylko w domu, gdy matka drzemała w drugim pokoju” – tłumaczył. Do niczego więcej dojść nie mogło nie tylko ze względu na towarzystwo (przed tym na parę minut zawsze dałoby się uciec), ale – ze strachu. Po pierwsze, strachu przed złamaniem zasad.

Narzeczeństwa takie obowiązywała czystość. On nie mógł skalać tej, która miała być jego żoną; przestałaby go być godna. Takie były wówczas pojęcia. Ona bałaby mu się oddać – w formie zaliczki – bo na zasadzie wiekowych aforyzmów o mężczyznach, obawiałaby się – często słusznie – że się z nią wówczas nie ożeni. (…) Rzecz prosta, że spędzali z sobą dużo czasu. (…) Wypełniały go rozmowy o przyszłości, co prawda coraz mniej entuzjastyczne, sprzeczki, dąsy, pojednania i mniej lub więcej zaawansowane pieszczoty. Czystość przy ciągłym towarzystwie kobiety…

Nie było przebacz. Widmo ciąży – drugi wielki strach – skutecznie zniechęcało przed czymkolwiek więcej. ”Ustrzec się [przed nią] było bardzo trudno, a (…) była niewiarygodną katastrofą, rzeczą wręcz nie do pomyślenia” – wyjaśniał Boy. Efekt mógł być, zdaniem publicysty, tylko jeden: ”Kiedy nastrój był bardzo gorący, on szedł potem do domu publicznego”. I nawet się z tym nie krył. Młodzi chłopcy robili wypady na prostytutki w środku miasta, wspólnie z kolegami, czasem nawet z ojcem. W całej Europie przyjęła się tradycja, że inicjacja seksualna mężczyzny powinna następować w burdelu.Przyzwolenie stopniowo zmieniało się w społeczny nakaz.

Obejrzyj też: Sposób na urodę. To dobry seks:

Autor wydanego w 1909 roku poradnika ”Hygiena miodowych miesięcy” wprost krytykował żonkosiów idących do ołtarza bez wcześniejszego treningu z prostytutkami. ”Zdarzało się, że młodzi mężowie rozpoczynali swój miesiąc miodowy w niewiedzy (…). Winni byli uczyć się tego tam, gdzie mogli to czynić przed zawarciem związku małżeńskiego” – instruował. Nikogo to nie szokowało. Medycyna skutecznie zabiła wstyd. W Polsce wciąż pokutowała archaiczna wykładnia, zgodnie z którą organizm dojrzewającego chłopca (ale tylko chłopca) do prawidłowego funkcjonowania wymaga regularnych wytrysków. I to wyłącznie tych następujących podczas tradycyjnego stosunku płciowego. Spotkania z prostytutkami uchodziły za rodzaj terapii przeciwdziałającej bólom głowy, problemom z koncentracją, z kręgosłupem i koordynacją ruchową.


(img|745003|center)

Epoka Hipokryzji, CiekawostkiHistoryczne.pl

Z tym rysem rzeczywistości musieli się godzić nawet najbardziej radykalni publicyści przełomu wieków: ci propagujący abstynencję seksualną. W komentarzu do ankiety na temat życia płciowego, przeprowadzonej w 1903 roku wśród warszawskich studentów, podkreślali, że wstrzemięźliwość wymaga od mężczyzn prawdziwego męczeństwa. Respondenci, którzy nie uprawiali regularnie seksu, uskarżali się w związku z tym między innymi na ”zanik zdolności”, ciężkie migreny i ”częste zdenerwowanie”. Ci, których do abstynencji zmusiła bieda, otwarcie nawoływali do ”zakładania dobroczynnych domów publicznych dla ubogich studentów”. Przytoczono też popularny pogląd, zgodnie z którym ”prostytucja istnieje na to, by młodzieży zdrowie zapewnić”.

Dopiero w 1905 roku doktor Eugeniusz Piasecki, jako pierwszy specjalista nad Wisłą, próbował zakwestionować medyczne uzasadnienie prostytucji. Niewiele wskórał. Pismo ”Kosmetyka” trzy lata później wciąż tłumaczyło: ”Zupełne wstrzymanie się od stosunku płciowego jest dla kobiety rzeczą (…) dla zdrowia obojętną, podczas gdy u mężczyzny wywołać ono może pewne zaburzenia w sferze nerwowej lub psychicznej”. Kolejne dwie dekady też nic nie zmienią. Lekarze pierwszego kontaktu nadal będą leczyć migreny u mężczyzn właśnie prostytucją. O zetknięciu się z taką metodą wspomni w 1925 roku Cecylia Bańkowska, autorka książki ”Jak uświadomiłam mojego syna”. Wprawdzie z dezaprobatą – jednak bez zdziwienia.

”Prostytutka stała się na wiek cały filarem moralności społecznej, niemal urzędnikiem państwowym” – podkreślał Boy. W polskich miastach pracowały dziesiątki, a może i setki tysięcy z nich. Z tego olbrzymia część – w samej Warszawie. Najodważniejsze statystyki wskazywały, że nawet co trzecia kobieta w stolicy w wieku od dwudziestu do trzydziestu pięciu lat para się prostytucją. Świat został podzielony pomiędzy cnotliwe i nietknięte narzeczone, z którymi mężczyźni spędzali popołudnia, oraz na kobiety upadłe, w których ramionach mijały im wieczory. Te drugie nie mogły liczyć nawet na status pełnoprawnych istot ludzkich. Uczestnicy ankiety z 1903 roku podkreślali, że czują ”wstręt do kobiet sprzedajnych i publicznych”. Widzieli w nich ni mniej, ni więcej, tylko ”wrzód społeczny”. A jednocześnie – przyznawali, że jak niemal każdy, korzystają z ich usług. Powstało przekonanie, że ”pewne grupy ludzi, pozbawione są wszelkich praw ludzkich i niewarte żadnych względów, a żyją tylko dla użytku, rozrywki lub wygody
ludzi uprzywilejowanych”.

(img|745008|center)

Epoka Hipokryzji, CiekawostkiHistoryczne.pl

Na masową skalę przyjęto zasadę ”podwójnej moralności”. Zjawisko to dzisiaj często tłumaczy się po prostu jako bezczelną dwulicowość XIX-wiecznych mężczyzn. Miałyby pod nią podpadać wszystkie ukrywane przed partnerkami zabawy w burdelach i związki pozamałżeńskie. W rzeczywistości niewiele ukrywano i wcale nie o to chodziło. ”Podwójna moralność” polegała na przyjęciu przez społeczeństwo zupełnie różnych oczekiwań wobec kobiet i wobec mężczyzn. Tym drugim wolno było bezkarnie prowadzić życie seksualne przed i poza małżeństwem. Panny i mężatki miały z kolei być bezwzględnie cnotliwe i wierne.

Feministka Iza Moszczeńska prezentowała ramy tego podziału już w 1904 roku w tekście ”Cnota kobieca”: ”Nie podlega najmniejszej wątpliwości, że kobieta, która miała kochanka, nie ma prawa wyjść za uczciwego mężczyznę, tj. takiego, który miał X kochanek przed ślubem – ale nie kradnie, nie rozbija, nie morduje”. Tak samo oczywisty miał być fakt, że ”godną pogardy jest taka, która zdradzi choćby najgorszego, moralnie i fizycznie bezwartościowego męża. Wszystkie odstępstwa od zasad czystości, wierności, stałości – popełniane przez kobietę – są gorszące i tragiczne”.

U mężczyzn w ogóle trudno było mówić o jakiejkolwiek obowiązującej moralności. W broszurze ”Czego nie wiemy o naszych synach” ta sama Moszczeńska pisała z przekąsem:
Moralność męska! Toż i dzisiaj przeważająca większość czytelników (…) z bardzo dwuznacznym uśmiechem przyjmuje samo zestawienie tych dwóch wyrazów. Naturalnie i od mężczyzny wymaga się pewnego rodzaju moralności, mianowicie rzetelności w interesach, poszanowania cudzej własności, (…) trzymania się przepisów honoru itp. Ale w stosunkach płciowych stawiać jakieś reguły i zasady (…) to przecież śmieszna pedanteria lub rozczulająca naiwność. Zupełnie inaczej traktowano kwestię moralności kobiecej. Tu obyczaj i opinia stawały się niezmiernie surowe i zbroiły się całym arsenałem zabójczych pocisków. Absolutna czystość, dziewictwo, anielstwo (…). Oto normalne wymagania, jakie stawiano przeciętnie przyzwoitym kobietom.

Na skutek tego podziału ziszczał się jeszcze jeden wielki strach epoki industrialnej: trwoga przed chorobami wenerycznymi. Boy próbował nawet wyjaśniać tym strachem całą XIX-wieczną obsesję na punkcie kobiecej – i wyłącznie kobiecej – wstrzemięźliwości płciowej. ”W epoce, gdy nieopanowany przez medycynę syfilis groźny był jak dżuma, jedyną gwarancją było zaślubić patentowaną dziewicę i trzymać ją pod kluczem. Mąż niewiernej żony nie był pewny dnia ani godziny” – pisał. Brzmi to trochę jak panika przed AIDS, tyle że w krzywym zwierciadle. Rzeczywiście czasy zaborów i królowej Wiktorii przypominają pod pewnymi względami lata osiemdziesiąte XX wieku. Seks bez zabezpieczeń postrzegano jako śmiertelnie niebezpieczny, a nie istniały żadne skuteczne zabezpieczenia. W efekcie metoda obronna zarysowana przez Boya szybko straciła rację bytu. Nawet on oceniał, że od 50 do 90% młodych mężczyzn zarażało się od prostytutek kiłą. A następnie przekazywali ten ”prezent ślubny” żonom.
Gdy ślub po paru latach dochodził wreszcie do skutku, w wielu przypadkach bardziej przypominał pogrzeb. To była transakcja, w której uczucia schodziły na dalszy plan w stosunku do kwestii majątkowych, towarzyskich czy nawet honorowych. Chodziło o zdobycie dobrej partii i ewentualnie posagu oraz o pozyskanie zdrowej, silnej matki dla przyszłego potomstwa. Boy półgębkiem wspomina o jakiejś tam, mimo wszystko, roli miłości, ale to z jego strony przejaw daleko posuniętego optymizmu. XIX-wieczni specjaliści małżeństwo traktowali jak handel.

(img|745005|center)

Epoka Hipokryzji, CiekawostkiHistoryczne.pl

Doktor Baker, autor wydanego w 1809 roku poradnika ”Tajemnice płci żeńskiey”, sugerował, żeby oblubienicę przed ślubem rozbierać do rosołu i kontrolować, czy nie ma żadnych defektów fizycznych. Zupełnie jakby była klaczą na targu. Pomysł ten wracał wielokrotnie przynajmniej do lat sześćdziesiątych XIX wieku. Zawsze w odniesieniu do kobiet.

Po nocy poślubnej w sytuacji mężczyzny niewiele się zmieniało. Miał odtąd zapewniony wikt i opierunek, ale życie seksualne prowadził tak jak zawsze. Głównie poza domem. Na uzasadnienie tego faktu znaleziono kolejny pseudonaukowy argument. Zgodnie z popularną teorią przytoczoną przez Izę Moszczeńską, każdy mężczyzna był z urodzenia poligamistą, a każda kobieta – monogamistką. W efekcie wierność mężów uznawano za rodzaj zwyrodnienia i grzechu przeciwko naturze. W przypadku żon podobnym grzechem byłaby jakakolwiek próba szukania doznań seksualnych poza małżeństwem. Zresztą to ostatnie wydawało się wyjątkowo nieprawdopodobne. XIX-wieczni mężczyźni powszechnie przyjmowali, że seks to sprawa, która nie dotyczy ich partnerek. Jak wyjaśnia historyczka Bożena Urbanek, kobietom odmawiano prawa do jakiejkolwiek erotycznej satysfakcji. W świetle poważnych prac naukowych orgazmu doznawali wyłącznie mężczyźni. Przedstawicielki słabszej płci mogły liczyć zamiast tego na… radość z macierzyństwa.

Dzieła literackie i cała obowiązująca kultura wpajały im zresztą przekonanie, że pożycie małżeńskie to w pierwszej kolejności forma poświęcenia. ”Czystość jest czymś bezwzględnie dobrym, życie płciowe zaś w każdym razie plamą i poniżeniem” – instruowano dziewczęta, jak pisze Iza Moszczeńska w ”Cnocie kobiet” - ”Nawet małżeńskie życie jest dla nich jakimś zstąpieniem z piedestału, a ich naturalne pragnienie ziemskiej miłości grzeszną żądzą (…). W świetle tak pojętej etyki im większą stosunek małżeński jest dla kobiety ofiarą, im większy w niej wstręt budzi, tym ona jest wyższą istotą”.
W jednym ze swoich esejów Boy stwierdził: ”Takie małżeństwo nie było dobrowolnym związkiem dwojga ludzi, którzy wierzą, że się dobrali szczęśliwie i że im będzie z sobą dobrze, ale pułapką zastawianą przez »społeczeństwo« na głód serca mężczyzny”. Jako mężczyzna, i to wychowany właśnie w XIX wieku, nie mógł chyba widzieć sprawy inaczej. Polskie feministki stawiały znacznie ostrzejsze diagnozy. W XIX-wiecznym modelu obyczajowym dostrzegały narzędzie poniżenia i ubezwłasnowolnienia kobiet. A w seksbiznesie – cyniczny przemysł pogardy. Erotyczna emancypacja znalazła się na liście najważniejszych postulatów ich ruchu. Zaraz obok praw wyborczych i ekonomicznych. Najpierw musiały jednak udowodnić, że kobieca seksualność w ogóle istnieje. I że jest czymś więcej niż groźnym schorzeniem.

Fragment książki Kamila Janickiego, Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce, wydawnictwo CiekawostkiHistoryczne.pl

(img|744999|center)

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.