Trwa ładowanie...
Informacja prasowa

„Ludzie pragną igrzysk, ludzie pragną krwi!” Wywiad z Robertem J. Szmidtem do jego najnowszej książki „Mrok nad Tokyoramą”

Powieść w cyberpunkowym świecie osnuta wokół zemsty i zmagań cyber-gladiatorów.
Share
Mrok nad Tokyoramą
Mrok nad TokyoramąŹródło: Materiały prasowe
d4afcri

Najnowsza książka Roberta J. Szmidta „Mrok nad Tokyoramą” to niesamowita, barwna i wciągająca powieść w dystopijnym świecie przyszłości. Ziemią rządzą wielkie korporacje i organizacje przestępcze. Rozwarstwienie społeczne narasta, zaś ich największą rozrywką są krwawe zmagania cyber-wojowników. W „Mroku nad Tokyoramą” prezentuje Pan ciekawą wizję futurystycznego ustroju. Czy Pana zdaniem taka wizja jest realna i właśnie taka przyszłość nas czeka?

  Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Wizja, którą kreślę na kartach „Mroku nad Tokyorama”, jest oczywiście mocno przerysowana, gdyż takie są założenia literatury rozrywkowej, ale jeśli przypatrzymy się uważniej, zauważymy, że demokracja zużywa się coraz szybciej, więcej nawet, zamienia się powoli we własną karykaturę, a to nic innego niż zapowiedź jej szybszego bądź wolniejszego upadku. W wielu krajach politycy chodzą już na pasku oligarchów, sami oligarchowie sięgają po władzę – żeby daleko nie szukać, wskażę Ukrainę. Mamy przed sobą zatem dwie drogi: stoczymy się w autorytarne reżimy, jak chiński (Chiny wyjdą z obecnego kryzysu niesamowicie wzmocnione, podczas gdy reszta świata zbierze niesamowity łomot) albo oddamy się bezwarunkowo pod opiekę tych, którzy będą nam w stanie zapewnić byt i pracę, czyli rosnących wciąż w siłę i konsolidujących się korporacji. Jest jeszcze trzecia droga, ale ta prowadzi prosto ku samozagładzie, więc pomińmy ją na razie milczeniem.

d4afcri

2020 rok okazał się bardziej cyberpunkowy, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Czy teraz jest dobry moment na powrót gatunku cyberpunkowego w sztuce i literaturze? Jeśli tak, to czy autor może jeszcze powiedzieć coś nowego na temat zbliżającej się przyszłości?

Cyberpunk nie miał ostatnio zbyt dobrej passy, ale nie zapominajmy, że to gatunek, który funkcjonuje na rynku wydawniczym od wielu lat, dekad nawet, i jak każdy ma swoje wzloty i upadki. Zbliżająca się (i oddalająca zarazem) premiera gry CD Projektu okazała się znakomitym katalizatorem; tchnęła nowe życie w – co tu dużo ukrywać – marginalizowany ostatnimi czasy cyberpunk. Dlaczego go porzuciliśmy? Może właśnie dlatego, że życie zaczęło za bardzo przypominać powieści Gibsona albo scenariusze Pondersmitha. Tworzony obecnie cyberpunk wyjdzie jednak z zupełnie innych założeń, wiele pomysłów rzucanych przez ojców gatunku zostało bowiem zrealizowanych przez naukę: ocieramy się o fizykę kwantową, jesteśmy o krok od neuroimplantów sterowanych myślą, roboty wkraczają na salony, wirtualna i rozszerzona rzeczywistość służy nam do zabawy. Musimy zatem szukać nowych rozwiązań wyprzedzających nasze czasy i nie wątpię, że je znajdziemy. Może nie od razu, ale wierzę, że tak właśnie będzie.

Postać głównego bohatera jest wzorowana na autentycznej osobie. To bardzo ciekawy zabieg literacki. Co zadecydowało, że postanowił Pan oprzeć centralną postać powieści na istniejącym Tymurze? Czy taka osoba z dwóch światów najbardziej pasuje do cyberpunkowego gatunku?

Przenoszenie znanych mi osób do utworów literackich to niejako mój znak firmowy. Zaczynałem od takiego zabiegu i doprowadziłem go do perfekcji choćby w serii „Szczury Wrocławia”, gdzie każda postać występująca w książce z imienia i nazwiska ma swojego odpowiednika w realu. To, rzecz jasna, tylko zabieg stylistyczny, niemniej Rafał Tymura, człowiek mający japońskie korzenie, co da się zauważyć, choć może nie na pierwszy rzut oka, zainspirował mnie do napisania oryginalnej opowieści, która ukazała się wiele lat temu na łamach magazynu „Science Fiction”. Tak więc mamy tutaj sprzężenie zwrotne, autentyczna osoba pozwoliła mi stworzyć fikcyjną opowieść, a potem sama trafiła na jej karty.

d4afcri

W centrum uniwersum Tokyoramy znajdują się krwawe walki futurystycznych gladiatorów. Co zainspirowało Pana do stworzenia sportu przyszłości, który nawiązuje do rzymskich igrzysk śmierci? Czy przy postępującej brutalizacji mediów jest szansa, że zatoczymy koło i niebawem będziemy widzami prawdziwej śmierci w telewizyjnych show?

Ludzie pragną igrzysk, ludzie pragną krwi. Taka jest nasza natura, a ostatnio można zauważyć ciekawą tendencję. Przez długie dekady sporty walki były czyste, na ile to możliwe. Rywalizacja miała polegać na surowych zasadach, fair play, dostarczeniu widowiska, ale bez jatki. To jednak się opatrzyło, przestało wystarczać, zaczęto wymyślać nowe dyscypliny, formuły i proszę, mamy dzisiaj walki dziwnych ludzi przypominające freak show, a nie sport. Więcej nawet, zawodnicy biorący w nich udział stają się gwiazdami, bożyszczami ludzi, którzy zachowują się jak obywatele Rzymu na igrzyskach, więc pomysłodawcy idą dalej. Już dzisiaj mamy walki na gołe pięści, po których zawodnicy wyglądają jak zbieracze miodu na Malajach. Tego typu sporty będą coraz popularniejsze, ponieważ w ludziach rośnie frustracja i łaknienie krwi, zatem kto wie, jakie widowiska zaserwują nam telewizje przyszłości. Ja stworzyłem dyscyplinę, która łączy jedną z najbardziej skomplikowanych gier logicznych ze sportami walki. W zamyśle miał to być zastępnik prawdziwych wojen, których korporacje nie zamierzały toczyć na swoim terenie. Plutokraci arcymistrzowie udowadniali więc swoją wyższość nad konkurentami, miażdżąc ich w krwawych turniejach. Skoro mamy szachowy boks, to czemu nie pójść krok dalej? Tym bardziej że che-do może być niesamowicie widowiskowe.

Świat Tokyoramy jest postmodernistyczną mieszanką kultur i estetyk. Mieszanką wybuchową, która daje niesamowitego kopa czytelnikowi. Kontrasty wyostrzają barwny, cyberpunkowy świat. Skąd wziął Pan inspiracje do „Mroku” i czy ma Pan swój przepis na tworzenie nowych światów?

Odpowiadając na ostatni człon pytania: nie mam jednego przepisu na tworzenie światów. To żmudny proces wymyślania i korygowania wizji, tak by stanowiły spójny, a co może ważniejsze, możliwy do zaistnienia obraz, oczywiście odpowiednio podkolorowany, ponieważ nigdy nie zapominam, że tekst musi nie tylko uczyć, ale i bawić. Świat Tokyoramy musiał być tyglem, ponieważ mamy w nim zamknięte hermetycznie metapolie pokrywające obie strefy podbiegunowe, w których schroniły się nie tak wcale nieliczne resztki ludzkości uciekające przed kolejnymi pandemiami i skutkami ocieplenia klimatu. W stupoziomowych molochach gnieżdżą się więc potomkowie wszystkich kultur i ras, ale tym razem linie podziału nie przebiegają tam, gdzie się ich spodziewamy. Liczy się tylko pozycja społeczna, a tę wyznacza posiadany majątek. Co ciekawe, nie ma gotówki, jedynym pieniądzem jest kredyt. Każdy spłaca go z tego, co zarobi. Najniżej uposażeni, czyli większość, zarabiają dokładnie tyle, ile muszą wydać na norę, w której się gnieżdżą, wodę i posiłek, co sprawia, że egzystują od urodzenia aż po nikogo nie obchodzącą śmierć. Im jednak ważniejszy jesteś, tym większe masz dochody i pniesz się wyżej, w dosłownym znaczeniu, ponieważ metapolia ma kilka znajdujących się nad sobą sektorów zamieszkiwanych przez coraz to lepsze kasty. Nieliczni właściciele tego świata zamieszkują w wiszących wysoko na niebie lewitatach, do których zwykli ludzie nie mają dostępu. Tak wygląda ten świat, ale to tylko część wizji, ponieważ „Mrok nad Tokyoramą” jest zaledwie cząstką uniwersum, w którym osadzam swoje ostatnie powieści. To ten sam świat, który możemy obserwować od zupełnie innej strony w wydanej niedawno przez Rebis „Per aspera ad astra”, a także w antologii „Polski cyberpunk”, czyli najnowszej superprodukcji Empik-Go, gdzie pokazuję kolejne oblicze metapolii. Za radą nieżyjącego już niestety Mike’a Resnicka postanowiłem stworzyć uniwersum, w którym da się pomieścić wiele gatunków i opowieści.

d4afcri

Podziel się opinią

Share
d4afcri
d4afcri