Trwa ładowanie...

Kresy, czyli nigdzie

Share
Kresy, czyli nigdzie
Źródło: "__wlasne
d44y4fa

Kate Brown, będąca dziś profesorem historii na Uniwersytecie Maryland, otrzymała,jako studentka, stypendium rządu amerykańskiego na studia rusycystyczne i historii sowieckiej. W 1987 roku wyjechała do Leningradu. Kolejne lata przyniosły regularne podróże po całym ZSRR, gdzie towarzyszyła tym najistotniejszym wydarzeniom, które doprowadziły do demontażu imperium. Nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego ukazała się jej pierwsza książka, „Kresy. Biografia krainy, której nie ma”, za którą uzyskała liczne nagrody, m.in. George Louis Beer Prize, przyznawaną przez Amerykańskie Stowarzyszenie Historyczne za najlepszą książkę o historii Europy.

Podtytuł pracy Kate Brown stanowi jej najlepszą charakterystykę – jest to biografia krainy, której nie ma, a zarazem biografia ludzi, którzy w niej już nie mieszkają. Opowieść o amorficznym korytarzu będących teatrem wojny i zniszczenia, rozciągniętym gdzieś pomiędzy tamtą Rosją i tamtą Polską, strefie buforowej od zawsze pogrążonej w politycznym niebycie. O peryferiach dla władców, wiecznych rubieżach, notorycznie marginalizowanych zarówno pod względem gospodarczym, jak i społecznym. Opinia Brown jest równie mocna, co celna: dwudziesty wiek, pełen technologicznych innowacji, uczynił z Kresów bękarta postępu. Jak podkreśla, współcześni mieszkańcy historycznych Kresów żyją w cieniu Czarnobyla i ruin, jakie pozostawiła po sobie gospodarka sowiecka, zmieniając tę krainę w zgliszcza obszaru pozbawionego znaczenia historycznego, wtłoczonego w rubieże nieistniejącego dziś imperium.

d44y4fa

Przyczynkiem do powstania „Kresów. Biografii krainy, której nie ma”, było pragnienie napisania historii obrócenia wniwecz ukraińsko-polsko-żydowsko-niemiecko-rosyjskiego pogranicza, stanowiącej jednocześnie jedyną w swoim rodzaju opowieść o modernizacji i standaryzacji jako celach dwudziestego wieku. Cechach, dodajmy, w tym przypadku ze wszech miar destrukcyjnych – zagłada przyszła na Kresy nie tylko z pragnienia zniszczenia, ale i z wizją postępu i poprawy warunków kulturowo-gospodarczych. To tutaj radziecka myśl techniczna podparta komunistyczną ideą dobrobytu jednostki, doprowadziła do masowych śmierci, izolacji i uwstecznienia. Autorka chciała się również przyjrzeć, jak w ciągu trzech dekad (1923-1953) wielonarodowe pogranicze stało się homogeniczną częścią Ukrainy. I wreszcie, Brown pragnęła opowiedzieć o Kresach raczej jako o miejscu, aniżeli abstrakcji takiej, jak republika narodów. Opowiedzieć tak, byśmy wszyscy dostrzegli, jak koncepcja narodu biegnie w poprzek terytorium i życia jednostek,
gmatwając je i rekonceptualizując.

Kate Brown zaprasza nas, przede wszystkim, do podróży po świadectwach mówionych, pogłoskach i wydarzeniach, których nie sposób było należycie potwierdzić. Opowieść o ludziach z czasem uznanych za Ukraińców ustępuje tu odrobinę pola historii tożsamości niejednoznacznych, ulotnych, płynnych, stale i obsesyjnie redefiniowanych podług bardziej lub mniej wynaturzonych idei.

„Kresy. Biografia krainy, której nie ma” rozpoczyna się od wydarzenia z kwietnia 1935 roku, kiedy to dokonano ostatniego namaszczenia polskiej autonomii w Związku Sowieckim. Autorka, szperając w dokumentach, przygląda się swoistemu epitafium rejonu Marchlewskiego, smętnemu pomnikowi gonitwy za perfekcją, od planu do planu, od raportu do raportu, byle tylko wierchuszka była kontenta. W 1997 roku Brown pojechała do Żytomierza „w poszukiwaniu tajemniczego zachłyśnięcia się historii”. Tu, miast rządzić, dzieląc terytorium na jednostki administracyjne, Sowieci wzięli na warsztat miasteczka zamieszkane przez zróżnicowane populacje i utworzyli małe wysepki samorządu narodowego, oparte na – niejednoznacznym przecież – postrzeganiu etniczności. Badaczka skupiła się na jednej z takich wysepek, wspomnianej Marchlewszczyźnie, bowiem, jak napisała, ludność polska, w porównaniu z pozostałymi grupami etnicznymi Kresów, charakteryzowała się najbardziej mglistym i płynnym poczuciem tożsamości. Bardzo interesująco omówiła
utopijną politykę tworzenia, nawet z najmniejszych wiosek, terytoriów narodowych o odmiennych kulturach i dialektach. Owocem takiej etnofilii był ów Polski Rejon Autonomiczny Marchlewsk, pomysł polskich bolszewików, którzy – zawiedzeni mało przykładną postawą robotników ośmielających się walczyć z Sowietami w 1920 roku – stwierdzili, że jak się nie da wyeksportować komunizmu do Polski, to chociaż trzeba spróbować zaimportować Polskę do komunizmu. Koncept utworzenia spolonizowanego regionu autonomicznego, mającego opływać w proletariacki dobrobyt i kłuć w oczy polską ciemnotę, ziścił się w roku 1925. Brown próbuje odpowiedzieć tu na pytanie, czym była Marchlewszczyzna? Co składało się na sowiecką polskość na obrzeżach pierwszego państwa socjalistycznego? Jak ją teraz odnaleźć w gąszczu cyfr, tabel, zestawień i wykresów tworzonych przez sowieckich funkcjonariuszy pragnących przypodobać się zwierzchnikom? Łaskawie odnotowano jej początek i koniec, cóż jednak działo się pomiędzy, kiedy mozolnie przyklejano
ludziom narodowościowe etykietki, liczono, formowano, standaryzowano? A wszystko to w zasadzie li tylko po to, by ten nowo tworzony byt niebawem zdemontować, dokonując czystek, przesiedlając i sprowadzając pamięć o nim do zawartości kartonowego pudła wepchniętego pomiędzy żytomierskie archiwa.

Autorka opisuje w „Kresach” swoiste nieokiełznanie tej krainy, nie dającej się podporządkować tworzeniu nowoczesnego społeczeństwa sowieckiego. Podeszła do tego tematu co najmniej dwojako, przyglądając się zarówno kwestii siły kultur kresów, jak i słabości imperium z przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. Próbuje odpowiedzieć w tym miejscu na pytanie, dlaczego, spośród szerokiego wachlarza represji, bolszewicy wybrali akurat wysiedlenia? Dlaczego uznali, że mieszkańcy wiosek i miasteczek marginalnej i ubogiej prowincji, mieliby stanowić zagrożenie dla sowieckiego molocha? Pragnąc przyjrzeć się temu, w jaki sposób w latach 30-tych XX wieku metafora zacofania wpisywała się w wizerunek obszarów przygranicznych, zwróciła autorka uwagę przede wszystkim na ekonomiczny kontekst poprzedniej dekady, deindustrializację i marzenia o kulturalnym społeczeństwie. Nałożyło się na to rozczarowanie NEP-em i odejście od rolnictwa indywidualnego na rzecz gospodarki skolektywizowanej.

d44y4fa

Brown omawia również paranoję dostrzegania wszędzie sabotażystów, tworzenia wroga na siłę i obudowania go kolejnymi mitami, celem legitymizacji każdej zbrodni. Polowanie na polskich szpiegów i późniejsze czystki etniczne zwano elegancko „operacjami narodowymi”, stanowiącymi kumulację procesu konsolidowania władzy państwowej w ZSRR. Gdy rodziny kresowych wysiedleńców wyjeżdżały za wschodnią granicę, tysiące „zaufanych” rodzin osiedlały się na ich miejscach. Przyjrzymy się problemom związanym z osadnictwem i adaptacją do nowych warunków, gdy przyzwyczajeni do rosyjskich przestrzeni ukraińskiego stepu i ścisłej zabudowy rodzinnych wsi, emigranci trafiali do mrocznych, kresowych lasów. Autorka stanęła tu wobec skomplikowanej opowieści o tym, jak deportowani przedzierzgnęli się w kolonistów kazachskiego stepu, podejmując wyzwanie sowieckiego programu modernizacyjnego. Nie była w stanie pojąć paranoi trawiącej państwo, które opróżnia terytorium tylko po to, by je zasiedlić, państwo usuwające rolników, by zastąpić
ich nomadami.

Kiedy na Kresy wkroczyła wojna, wraz z nią przyszli niemieccy zdobywcy mający plany, jak polepszyć sytuację na prawobrzeżnej Ukrainie. Niezależnie od tego, czy ów „dobroczyńca” niósł sztandar czerwony, czy też brunatny, dla tamtejszej ludności zapowiadało to kolejne czystki. Zwłaszcza, że nowy satrapa utożsamiał zniszczenie i zniewolenie z pomijalnym produktem ubocznym postępu. Ciekawe są wzmianki o nacjonalizacji cierpień i unarodowianiu bestialstwa – autorka przybliżyła tu trudną i wciąż żywą kwestię oskarżania Ukraińców o zbrodnie nazistowskiej okupacji. Pracę wieńczy opis przemienienia kulturowo skomplikowanej aglomeracji w homogeniczną przestrzeń narodową.

W opowieści tej ,historia sowiecka umieszczona jest w kontekście szerszych ruchów zachodzących w krajobrazie Europy Środkowej. Obierając za przedmiot swojego studium pogranicze ukraińsko-polskie, uczyniła to badaczka z racji jego centralnej roli w kształtowaniu i demontażu polityki narodowościowej ZSRR, a zarazem, ze względu na jego położenie na obrzeżach kilku państw. Połączenie tych dwóch, pozornie sprzecznych powodów, zaowocowało spojrzeniem nieszablonowym, nietypowym, ciekawym. Jak napisała, dar pogranicza tkwi w jego amorficznej, hybrydowej elastyczności jako miejsca, gdzie kultury i okresy historyczne nagromadziły warstwy osadowe, najnowsze innowacje przechodzą niezauważone, a długie ramię władzy jest odległe i słabe. Tu czas mógł zwolnić, stracić grunt pod nogami, zatracić się zupełnie. Brown zauważyła, że o ile rewolucjoniści, podobnie jak historycy, skupiają uwagę na zmianach i postępie, etnografowie poszukują ciągłości i tradycji. Tradycji zachwianej tu przez wysiedlenia i związane z nimi
cierpienie. Po przeczytaniu ostatnich zdań pozostaje zwieszone pytanie, w jaki sposób światy Kresów znikły niemal bez śladu, przemielone przez narodowościową taksonomię? Jak destrukcyjna była ponura inwentaryzacja, podporządkowująca całe populacje podług ustandaryzowanych, odgórnie narzuconych koncepcji narodu i postępu? Inwentaryzacja traktująca ludzi niczym fiszki w archiwach, zupełnie ich dehumanizując i przerzucając z szufladki do szufladki, byle tylko stan się zgadzał i wykresy dobrze wyglądały. Na pewno „Kresy. Biografia krainy, której nie ma” uczy tego, że błędem jest ignorowanie marginesów i „politycznie nieistotnych” obszarów. Tam bowiem dochodziło do wydarzeń stanowiących zapis tego, co utraciliśmy.

d44y4fa

Podziel się opinią

Share
d44y4fa
d44y4fa