Recenzje
11-07-2014 (10:34)

Kolor, faktura i lekarstwo przeciwbólowe

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kolor, faktura i lekarstwo przeciwbólowe
("__wlasne)

Kobiety często nazywane są słabą płcią. Albo chociaż słabszą, jeśli już nie tak dosadnie. Taka opinia o płci pięknej pokutuje od wieków. Wynika to pewnie z ewolucji – to mężczyzna miał być silnym osobnikiem, który walczy z dziką zwierzyną, z burzą, z ogniem i całą resztą żywiołów. Kobiecie odbierało się prawo do bycia silną, na rzecz bycia użyteczną, piękną, matczyną. Nie zwracano uwagi na to, ile siły musi tkwić w płci żeńskiej, żeby urodziła dziecko, a ile, by umyć okno. Mężczyźni szli na wojnę, chwytając najpierw szable, a potem karabiny, mężczyźni ubierali kilkudziesięciokilogramowe zbroje – oni byli silni! Kobiety zostawały w domy i dźwigały worki ziemniaków, albo rannych – one nie były silne!

I chyba właśnie w tej wojnie i w tym, że pozbawione opieki mężczyzn jednak przeżyły, należy upatrywać jakiegoś buntu kobiet, przekonania, że są warte więcej, niż do tej pory sądzono, niepokorności…

Niepokorne są trzy młode dziewczyny, które spotykają się na kartach tej książki, a które mogły spotkać się naprawdę, gdzieś na ulicach młodopolskiego Krakowa.

Rok 1985: Eliza Pohorecka do tej pory mieszkała w Otwocku. Od zawsze chciała leczyć ludzi, ale zawód lekarza był zarezerwowany dla mężczyzn – kobieta nie miała dość siły, by stać się lekarzem. Jedyną droga, która choć trochę zahaczała o tę wymarzona, była dla Elizy droga farmaceutki. Uczyła się więc w otwockiej aptece, ale mało jej było wiedzy, świata, wyzwań. Jako jedna z nielicznych kobiet, dostała miejsce na Uniwersytecie Krakowskim – nie na pełnych prawach, ale już na pierwszym szczeblu drabiny. Opuszcza Otwock i by udać się do Krakowa potrzebuje paszportu – jednego zaborcę zamienia na innego. Jej babka, zacięta w swoje nienawiści do Austriaków, sypiąca wciąż sól na zadawnione rany, po cichu i trochę głośniej nie może jej tego wybaczyć, odwodzi ją od wycieczki na terytorium wroga, przekonuje… Ale Eliza jest niepokorna. Niepokornie chce czegoś więcej od życia, niż męża i gromadki dzieci, choć nieobce są jej tęsknoty za towarzyszem życia. Babcine czarne myśli materializują się pod postacią mordercy, który
w pociągu zabił starszą panią i którego twarz Eliza widziała na korytarzu pociągu. Babcine nienawiści materializują się zaś pod postacią przystojnego austriackiego mundurowego, który jako pierwszy znajduje się na miejscu zdarzenia…

Klara Stojnowska, która wkrótce zostanie przyjaciółką Elizy to młoda gniewna – paląca cygaretki, mająca krótkie włosy, nosząca spodnie, nie stroniąca od przyjęć i studiująca. Walczy z systemem i ze swoim ojcem – profesorem na uniwersytecie, który zatwardziały w swych konserwatywnych poglądach, najchętniej plułby na ziemię ilekroć widzi na sali wykładowej kobiety. Zresztą mają one wydzieloną własną ławkę – „tylko dla kobiet. Klara chce zburzyć zastały porządek, chciałaby wstrząsnąć Krakowem i sprawić, by coś się zmieniło. Póki co wstrząsa swoim rodzicielem i prasą, pisząc pełne żarliwości teksty w obronie emancypacji, których nie może jednak podpisywać imieniem i nazwiskiem, bo taki ma układ z ojcem, który nota bene płaci za studia…

Judyta Schraiber odziedziczyła chyba geny po babce – pięknej Sarze, która kilkanaście lat wcześniej siadywała sama na rzeką i malowała widok na Wawel, pogryzając jabłka i odrzucając zaloty starających się o nią u ojca mężczyzn. Kochała pisać, czytać, kochała dotyk papieru pod palcami i w końcu zakochała się w synu antykwariuszki, który sprzedał jej kiedyś papier do akwarelek. I wbrew dobrym obyczajom oraz żydowskiemu prawu, rozmawiała z nim sam na sam jeszcze przed zaręczynami. Wyszła za mąż z miłości i tego samego życzyła wnuczce. A jej życzenie jakby zaczęło się spełniać, bo Julita nie dość, że poznała pięknego mężczyznę, starszego od siebie i doświadczonego, nie dość, że zainteresowała go swoją osobą, nie dość, że pod pretekstem spotkań u modystki wymykała się do jego studia, by oddawać się cielesnym rozkoszom, to jeszcze on był malarzem. A Julita jeszcze bardziej, niż leżąc w jego ramionach, pragnęła malować. Ani jedno, ani drugie nie miało szans na spełnienie z aprobatą rodziców. Dlatego Julita porzuca
dom i antykwariat, pakuje walizki i pewnej nocy ucieka przez okno do swojego kochanka – by zostać jego żoną, tak, jak szeptał jej w chwilach uniesień…

To niesamowita książka z kilku powodów.

Po pierwsze zachwycił mnie świat tak różny obyczajowo od naszego – tak niezepsuty jeszcze, dopiero nadgniły, taki, który jeszcze da się uratować. To świat, w którym inne wartości miały znaczenie, wagę. To świat, w którym „czas mierzony jest porami roku i którym rządzą prawa ustanowione przed laty przez tragiczną historię (…)”. Owszem – to czasy trudne, bolesne, nie idealne, pełne zastałości i skostnienia, ale ich odmienne od dzisiejszego piękno, jest czarujące.

Po drugie to piękna opowieść o tym, że nauka, zdobywanie wiedzy, poznawanie jest przywilejem, o który warto walczyć, a nie smutnym obowiązkiem i koniecznością. To coś, co powinniśmy docenić, spoglądając na poświęcające swój spokój i stabilizację kobiety, które chcą wiedzieć, jak przyrządzić najskuteczniejsze lekarstwo na ból albo jak wymieszać ze sobą kolory, by powstał ten najlepiej przyjmujący światło.

Po trzecie – i najważniejsze – temat tej książki i czas, o jakim mówi, wymusza piękną, nienaganną polszczyznę, bez wulgaryzmów, bez sztucznych neologizmów, bez eksperymentów z formą, na których cierpi treść. Nie skupiałam się na prawdzie historycznej i na tym, czy Wyspiański akurat wtedy malował u Franciszkanów, czy nie – dałam się porwać pięknie opowiedzianej historii o czasach, gdy w sztuce było jeszcze mnóstwo do odkrycia, gdy zachwycano się kolorem i fakturą, a nie szokującym tematem, gdy zdanie przodków i ich uczucia liczyły się na tyle, że można było myśleć o porzuceniu własnego szczęścia, by oni byli szczęśliwi i o czasach, gdy kobiety zaczęły uświadamiać sobie, że są silne, o niepokornych…

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.