14-11-2013 (16:35)

Kobiety-zbrodniarki. Upadłe damy II Rzeczpospolitej - rozmowa z Kamilem Janickim

Międzywojenna Polska była zamieszkiwana nie tylko przez wielkich patriotów i bohaterów narodowych, ale także przez morderców i zwyrodnialców.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kobiety-zbrodniarki. Upadłe damy II Rzeczpospolitej - rozmowa z Kamilem Janickim
(Książki WP)
WP

W II RP nie brakowało również kobiet-zbrodniarek. Dlaczego Gorgonowa zamordowała i zbezcześciła zwłoki córki swego kochanka? Czy to prawda, że w II RP mieliśmy do czynienia z brutalną zbrodnią bliźniaczo podobną do tej dokonanej przez Katarzynę W. oraz ówczesnym odpowiednikiem afery Amber Gold? Dlaczego kobiety dopuszczały się tak brudnych czynów? Czy ich morderstwa były brutalniejsze niż te autorstwa mężczyzn? Na te i na wiele innych pytań na temat zbrodni, skandali i najniższych instynktów odpowiada w obszernej, pełnej kontrowersyjnych i fascynujących faktów, rozmowie Kamil Janicki, autor „Upadłych dam II Rzeczpospolitej” (Wyd. Znak).

Grzegorz Wysocki (WP.PL): Wcześniej opublikowałeś „Pierwsze damy II Rzeczpospolitej”, a teraz nagle zabrałeś się za damy upadłe. Dlaczego? Czy sukces wcześniejszej książki zachęcił cię do tego rodzaju „kontynuacji”? I skąd taki przeskok, od dam pierwszych do upadłych?

Kamil Janicki: Przeskok, o którym mówisz jest tak naprawdę tylko pozorny. Już przy pisaniu wcześniejszej książki zauważyłem, że te piękne, odpicowane elity, pod powłoką eleganckich strojów, wystawnych zabaw i doskonałych obyczajów, kryją drugą, bardzo brudną, kontrowersyjną i nieprzyjemną stronę. To, jak dzisiaj funkcjonuje polityka i życie elit jest niczym w porównaniu z przedwojenną Polską.

WP

W „Upadłych damach…” nie opisuję historii zwykłych kobiet-zbrodniarek, lecz kobiet z najwyższych sfer, prawdziwych dam, które zeszły na drogę przestępczości. Chciałem pokazać, że gdy mówimy o elitach II RP, powinniśmy pamiętać nie tylko o wielkich patriotach i bohaterach narodowych (których oczywiście nie brakowało), ale także o zjawiskach patologicznych. O wynaturzeniach, dzisiaj nie mieszczących się w głowie.

Od której historii rozpocząłeś pracę? Domyślam się, że była to sprawa Gorgonowej?

Sprawa Rity Gorgonowej rzeczywiście otwiera książkę, ale to raczej pretekst do podjęcia dużo ciekawszych tematów, niż story samo w sobie. Losy bony, która okazała się morderczynią pokazują niczym w soczewce przedwojenną obsesję na punkcie złych kobiet. Cała Polska z zapartym tchem śledziła zbrodniczą epopeję i to mimo, że z perspektywy kryminalnej chodziło o przestępstwo... zupełnie płaskie. Od początku wszystko było jasne: kto zabił, w jaki sposób, dlaczego.

Ludzi tak naprawdę nie ciekawił jednak mord, ale jego tło obyczajowe. Tragiczna śmierć w zamożnej rodzinie pozwalała bezkarnie zajrzeć w życie elit – tego wąskiego, zamkniętego światka, który wywoływał u reszty społeczeństwa skrajnie różne emocje. Ludzie podziwiali śmietankę towarzyską za jej szyk i klasę; zazdrościli jej dostatniego, beztroskiego życia. Ale jednocześnie darzyli pięknych i bogatych szczerą nienawiścią – właśnie za ich hulanki, rozrzutność i kompletne oderwanie od problemów codzienności. Tworzyło to istną mieszankę wybuchową, pod którą przedwojenni dziennikarze bez najmniejszych skrupułów podkładali lont.

WP

Na początku 1932 roku w centrum ich uwagi znalazł się lwowski bon vivant Henryk Zaremba. Pieniądze zarabiał jako wzięty architekt, by następnie trwonić je po nocach na zabawach w kręgu coraz to nowych przyjaciółek. Miał żonę, ale ta nie była w stanie w żaden sposób poskromić jego apetytu na życie. Dosłownie: nie była w stanie. W 1924 roku trafiła do zakładu psychiatrycznego z enigmatyczną diagnozą „załamanie nerwowe”. Bardzo możliwe, że Zaremba sam pozbył się w ten sposób niewygodnej towarzyszki życia. Teraz na drodze do zupełnej swobody stała mu już tylko jedna przeszkoda: dziewięcioletnia córeczka.

I właśnie po to, by opiekować się córką Zaremba wziął na służbę Gorgonową?

Młodą, podobno bardzo piękną, dwudziestokilkuletnią. On był już po czterdziestce. Gorgonowa miała być tylko gospodynią w jego podmiejskiej willi i boną dla dorastającej córki, ale bardzo szybko rozwinął się między nimi romans. Po kilku latach funkcjonowali w zasadzie jak małżeństwo, tyle, że z jasno określonymi rolami: on był panem domu, ona zawsze stała na drugim miejscu.

Kryzys w ich związku nastąpił dopiero, gdy córka Zaremby, Lusia, zaczęła zbliżać się do pełnoletności. Dotąd Rita była dla niej niczym matka. Teraz, z nieodgadnionych powodów, stała się obiektem jej ślepej nienawiści. 17-letnia dziewczyna zażądała, by ojciec wreszcie się ustatkował - przestał żyć w rozpustny sposób i rozstał się z Gorgonową.

WP

Udało się jej go przekonać.

Tak, po wielu dyskusjach i kłótniach Zaremba przystał w końcu na warunki córki. Gorgonowa miała pozostać w Brzuchowicach, w majątku na prowincji, natomiast on z córką zamierzał przenieść się w Nowy Rok do Lwowa.

Dzień wcześniej Zarembianka została brutalnie zamordowana. Sprawca już pośmiertnie upozorował gwałt. A więc nie tylko morderstwo, ale jeszcze zbezczeszczenie zwłok. Ofiara została zabita kilofem do lodu, który znaleziono w przydomowym basenie. Na rękach Gorgonowej znajdowała się krew, łatwo dało się prześledzić jej wszystkie kroki. Była wybita szyba, było wiadomo, gdzie przebywała, jaką drogę przeszła. Już pierwszego dnia wszystko stało się jasne i Gorgonową uznano za jedyną podejrzaną.

Wielokrotnie próbowano odkręcać tę historię, szukano innych sprawców i motywów, natomiast z dzisiejszej perspektywy, na podstawie akt sprawy i dziesiątek publikacji, które się ukazały wiemy, że tu żadnej tajemnicy nie ma.

WP

Czyli to, co jest w tej zbrodni ciekawe, to to jak ona rozbudziła fascynację kobietami-zbrodniarkami?

Dokładnie. Nie była to pierwsza taka sprawa, ale spotęgowała fascynację kobiecą zbrodnią. Około 20 procent ówczesnych skazańców było kobietami. Natomiast powszechnie wierzono - i prasa taką opinię starała się w społeczeństwie utwierdzać! - że kobiety mają wewnętrzne, wrodzone predyspozycje do zbrodni.

I to pomimo, że zaledwie co piąta zbrodnia była popełniana przez kobietę.

Zakładano, że jeśli mężczyzna popełnia zbrodnię to musi mieć ku temu określony, namacalny powód. Albo to był jakiś konflikt, albo zemsta, morderstwo honorowe, lub choćby przestępstwo w afekcie, danie upustu emocjom. Ale zawsze coś! W przypadku kobiet sprawa miała się rzekomo zupełnie inaczej. Na bazie święcącej triumfy psychoanalizy prasa brukowa zaczęła propagować swoisty „freudyzm dla mas”. „Tajny Detektyw” i inne magazyny znane z umieszczania „krwi na pierwszej stronie” udowadniały, że każda kobieta nosi w sobie pierwiastek zła – każda z samej swojej natury ma predyspozycje do zbrodni.

WP

Na niezliczonych przykładach pokazywano, że kobiety przez swoją pożądliwość i nieokiełznany temperament są z góry skazane na trwającą całe życie walkę z tkwiącym w ich psychice – że użyję serialowego porównania – „mrocznym pasażerem”. Mogą go zwalczać i próbować kontrolować, ale nie mogą się go pozbyć.

Najbardziej dziennikarze fascynowali się oczywiście takimi zbrodniami, gdzie można było dopisać jakiś seksualny pierwiastek, ale tak naprawdę dopisywano go w każdej sytuacji. Dowodzono, że dowolne przestępstwo dokonywane przez kobietę – od kradzieży kieszonkowej po oszustwa ubezpieczeniowe i korupcyjne - tkwi swoimi przyczynami w jej chuci. Media na przestrzeni kilku lat nakręcały patologiczną obsesję społeczeństwa, która prowadziła do kolejnych zbrodni, tworzyła taką atmosferę, gdzie robiono nagonkę na kobiety…

A czy nie było raczej tak, że zbrodnie kobiet próbowano zatuszować, że ich nie nagłaśniano?

Tak rzeczywiście było, ale tylko do końca lat dwudziestych. Za datę graniczną należałoby chyba uznać rok 1931. Po powstaniu czasopism takich jak „Tajny Detektyw”, po sprawie Gorgonowej i wprowadzeniu do obiegu „freudyzmu dla mas” nic już nie było takie samo. Dziennikarze byli gotowi pokazać każdy detal, epatowali drastycznymi szczegółami, fabrykowali dowody, byle potwierdzić swoje szokujące tezy.

Prasa po 1989 roku zawsze miała jakieś granice, a wtedy nikt się nie hamował. Dzień po morderstwie podawano imię i nazwisko oraz adres głównego oskarżonego. Pisano gdzie żyją jego rodzice, bracia, siostry, nie oszczędzano nikogo. Prasa z rozmysłem organizowała nagonki – często na Bogu ducha winne osoby.

A dlaczego ta prosta, oczywista sprawa Gorgonowej wróciła raz jeszcze w okresie PRL-u?

Raz nakręconą machinę prasową, medialną, trudno było zatrzymać. Ta sprawa stała się swoistym symbolem przedwojennej Polski. Z jednej strony mieliśmy Parylewiczową jako symbol zepsutych, obrastających w bogactwa elit, a z drugiej Gorgonową - dowód, że reszta społeczeństwa też nie jest taka święta.

Po wojnie zaczęły się też pojawiać różne teorie spiskowe. Napędzało je zaginięcie Gorgonowej, o której losie po 1939 roku nikt nie wiedział nic pewnego. Ludzie opowiadali, że widziano ją w Opolu, że była w Warszawie, wyjechała do Jugosławii albo Argentyny... Słynna morderczyni stała się kanwą dla miejskich legend, była niczym czarna wołga, ale z krwi i kości.

Na dodatek w 1949 roku kij w mrowisko włożył dziennik „Echo Krakowskie”. Na jego łamach zamieszczono informację, że na łożu śmierci do zamordowania Lusi Zarębianki przyznał się ogrodnik z majątku w Brzuchowicach, Józef Kamiński. Artykuł wywołał prawdziwą sensację, jego treść powtarzano nawet 20 lat później. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że ogrodnik Kamiński... do niczego się nie przyznał. Nawet gdyby chciał, to nie mógł tego zrobić „na łożu śmierci”, ponieważ przeżył nie tylko rok 1949, ale żył nadal w najlepsze w drugiej połowie lat 70. A o śmierci Zarembianki wiedział wciąż tyle samo, co w roku 1932: obwiniał o nią Ritę Gorgonową.

Czyli w sprawie Gorgonowej najbardziej fascynująca i elektryzująca była nie sama zbrodnia, ale to, jak ją przedstawiano?

Ta sprawa była nudna na poziomie kryminalnym. Jeśli zapomnimy o tym, że zbrodni już od pierwszej chwili nie otacza żadna tajemnica, okaże się, że mamy tutaj raczej historię rodem z powieści. Życie elit, które fascynuje społeczeństwo. Służąca, która wkrada się do tego świata i albo bałamuci księcia z bajki, wyzyskuje i niszczy jego rodzinę, albo też jest ofiarą wyrodnej, przybranej córki. Do tego wszystkie możliwe teorie spiskowe! Czy to ona rzeczywiście zabiła, czy została wrobiona? A co jeśli doszło do prawdziwego gwałtu, co jeśli mordercą był jakiś zatwardziały przestępca, który wkradł się na teren posiadłości?

Prasa była w stanie przedstawiać tę historię z przeróżnych stron, naświetlać poszczególne jej aspekty. Dziennikarze przetworzyli nudną historię kryminalną tak, że stała się materiałem na przedni kryminał albo wyciskające łzy z oczu romansidło.

I jeszcze druga warstwa – Gorgonowa była służącą. W tamtych czasach każdy od warstwy średniej po arystokrację miał jakąś służbę w domu. To był standard, że kucharki i pokojówki żyły przy rodzinie. Ale jednocześnie to było źródło wielkiego, nieustannego niepokoju. Człowiek wychodził do pracy albo na jakieś spotkanie, a do głowy samo garnęło się pytanie...

* Co robi służba, gdy nas nie ma?*

Dokładnie. Trudno się dziwić, że każdy się w tamtych czasach zastanawiał: „Czy mogę zatrudnić tę nową pokojówkę? Czy ona nie okaże się drugą Gorgonową? Czy ta kucharka nie ma jakichś morderczych zapędów? Czy ona mnie nie otruje?”. Takie sprawy zawsze były wyciągane na światło dzienne. Podobnie jak kucharki-trucicielki czy opiekunki porywające dzieci. Dla każdego była to w pewnym sensie sprawa bliska, bo to były osoby, z którymi się żyło, ale z którymi nie było się na „ty”, których właściwie się nie znało. Polska była podzielona na dwa różne światy i te światy w większym stopniu spotykały się ze sobą na łamach pisma „Tajny Detektyw” niż w codziennym życiu...

Czy wszystkie tego rodzaju sprawy były nagłaśniane w dwudziestoleciu?

Naprawdę wielkich spraw kryminalnych z udziałem kobiet było przed wojną dwadzieścia, może trzydzieści. Ale to nie przeszkadzało prasie naświetlać także każdego drobnego występku. Właściwie codziennie gazety informowały o kilkunastu, nawet kilkudziesięciu przestępstwach potwierdzających – w swojej masie – zbrodniczy charakter kobiecej natury. Pisano o pokojówkach okradających swoich chlebodawców, o kobietach kierujących biznesem narkotykowym, o femme fatale skłaniających zakochanych w sobie mężczyzn do samobójstwa czy choćby o dziewczynach, które wypalały kwasem oczy niewiernym narzeczonym. To ostatnie było akurat niesamowicie popularną metodą zemsty. Wypisałem z przedwojennych gazet przynajmniej z pięćdziesiąt tego rodzaju spraw. Starczyłoby na osobną, opasłą książkę.

A skoro już tyle mówimy o sprawie Gorgonowej – można chyba powiedzieć, że był to proces medialnie i społecznie tak głośny, jak dzisiaj sprawa Katarzyny W. W związku z tym możemy w tym momencie płynnie przejść do rozmowy na temat ówczesnych dzieciobójczyń. W książce piszesz przede wszystkim o jednej z nich, ale zdaje się, że, mówiąc brutalnie, dzieciobójstwo było w przedwojennej Polsce wręcz jedną z popularniejszych metod antykoncepcyjnych?

Przez całe dwudziestolecie trwał gigantyczny spór obyczajowy. Z jednej strony mieliśmy silną prawicę, która po latach 20-tych nie mogła już dojść do władzy z powodu zamachu majowego. Z drugiej – u władzy zamontowała się w teorii liberalna sanacja, która jednak bała się wprowadzić w Polsce jakiekolwiek oficjalne zmiany obyczajowe i narazić się konserwatystom.

Nigdy nie usankcjonowano w prawodawstwie II Rzeczpospolitej cywilnych rozwodów. Separacja była potępiana i utrudniana na przeróżne sposoby. Aby się rozstać trzeba było albo zabić swojego małżonka, albo... mieć dużo pieniędzy. W drugim przypadku można było sobie pozwolić na zmianę wyznania lub oficjalne unieważnienie ślubu. Najtańszym rozwiązaniem pozostawał jednak rewolwer. Stąd tak gigantyczna liczba przypadków mężobójstw i żonobójstw w tamtym czasie.

Antykoncepcja również była na cenzurowanym. Owszem, faktyczna obyczajowość, szczególnie w przypadku mężczyzn, była bardzo swobodna, ale próby kontrolowania narodzin, kliniki dla kobiet, jakakolwiek edukacja, nawet w zakresie naturalnych metod – wszystko to spotykało się z ostrym potępieniem konserwatywnych polityków i działaczy. Kobietom w przedwojennym społeczeństwie nie dawano żadnej kontroli nad własnym ciałem i nad swoim życiem.

I to wszystko powodowało, że dzieciobójstwa zdarzały się w tamtym czasie wyjątkowo często?

Z jednej strony powszechne było porzucanie dzieci. Z drugiej – makabryczna, popularna metoda, czyli wrzucanie dziecka do sławojki, gdzie w tej niejednokrotnie kilkumetrowej warstwie fekaliów dziecko szybko tonęło. Morderczynie mogły czuć się bezkarne. Nawet jeśli zostały schwytane, zwykle czekała je kara nie większa niż kilka miesięcy, góra rok więzienia.

Ogółem trzeba rozprawić się z częstym i zupełnie mylnym mniemaniem, że przedwojenny system karny był surowszy od dzisiejszego, że wtedy mordercy nie wychodzili na ulice po 20, 25 latach. Było wręcz odwrotnie! W brutalnych sprawach dotyczących dorosłych często zapadały wyroki poniżej dziesięciu lat odsiadki. W przypadkach zbrodni na dzieciach – nawet tych dokonywanych z rozmysłem i bez najmniejszych skrupułów – standardem było raczej góra 5-6 lat.

To w większości były niemowlęta, ale w swojej książce opisujesz inny przypadek…

Opisuję historię bardzo podobną do sprawy Katarzyny W. Mamy tutaj kobietę, która przychodzi na policję i zgłasza, że jej 12-letnia córka Zosia zostało porwana. Prosi władze o pomoc, przedstawia listy anonimowe i żądania od porywaczy. Policja nagłaśnia sprawę w całym kraju, w mediach, robi się gigantyczna afera. Początkowo wydaje się, że rzeczywiście mamy tutaj skrzywdzoną matkę, której wyrwano z rąk ukochane dziecko, ale z czasem zaczynają narastać wątpliwości – pozbawione emocji zachowanie kobiety, brak cierpienia po stracie dziecka, a przede wszystkim jej pewność, że dziecko zostało zamordowane. Po co porywacze mieliby wysyłać absurdalny list, w którym informują tylko, że porwali i zamordowali dziecko? Porywacze zawsze czegoś żądają, chcą pieniędzy.

Okazało się, że żadnego porwania nie było, tylko mord ze szczególnym okrucieństwem w wykonaniu matki. Rozbolał ją ząb, więc zabiła własną córkę młotkiem, a następnie utopiła jej ciało w kloace.

Co jest szczególnie ciekawe, to reakcja na tę sprawę.

Dom dziadków dziewczynki (a jednocześnie rodziców morderczyni) obległy wielotysięczne tłumy. Prasa zdradziła oczywiście adres zbrodniarki, adres dziadków, wszystkie nazwiska i detale. Nazajutrz dziennikarze żartowali, że dzięki ich działaniom ulica Jasna na Bałutach stała się na ten jeden dzień ciemna od ludzi.

Ale po co się tam ustawiali?

Żeby oglądać zwłoki. Każdy chciał zobaczyć, jak wygląda ciało dziewczynki po tym jak przez tydzień leżało pod warstwą fekaliów w przydomowej latrynie.

Jej zwłoki zostały wystawione na widok publiczny?

Tak, tłumy wymogły na dziadkach, by ci urządzili publiczne „oględziny”. Tutaj w książce jest nawet zdjęcie, które zrobił jeden z fotoreporterów. Dziennikarz ustawił się w kolejce, czekał kilka godzin, żeby uwiecznić zwłoki dziewczynki. Ciężko jest powiedzieć, ile tutaj stoi osób, ale co najmniej setki...

W tej sprawie – inaczej niż w przypadku wielu ówczesnych przypadków dzieciobójstwa, gdzie matki szły do więzienia na kilka lat – zapadł dużo wyższy wyrok.

Tak, Maria Zajdlowa dostała dożywocie, zatwierdzone następnie w procesie apelacyjnym. Nacisk społeczny był tutaj gigantyczny, naprawdę. Ta sprawa stałaby się głośniejsza niż Gorgonowej, gdyby tylko trafiła na lepszy moment. Ale to był już koniec lat 30., wtedy polityka zdecydowanie górowała nad sprawami kryminalnymi. Naziści właśnie zorganizowali Anszlus Austrii, wzmogli presję na Pragę. przygotowując się do ofensywy przeciwko Czechosłowacji. Mimo to w pierwszym dniu procesu „Łódzkiej Gorgonowej” to właśnie ona zajmowała czołówki gazet. Rozstrzygały się losy Europy, a Hitler i tak – na ten jeden dzień – przegrał w wyścigu do niesławy z Zajdlową.

Z tego, co mówisz wynika, że media, tak krytykowane przy okazji zachowania a propos sprawy Katarzyny W., wiele lat wcześniej, przy okazji spraw kryminalnych z II RP, zachowywały się jeszcze gorzej! Ujawniały wszystkie szczegóły, publikowały pełne dane, nazwiska, adresy, fotografie zwłok…

To, jak media zachowują się dzisiaj, to jest nic. Zresztą przed wojną problem sięgał znacznie głębiej. Cały system był zepsuty i niewydolny. Skorumpowanie elit władzy sprawiało, że nawet jeśli prokurator miał najlepsze intencje, niewiele mógł zrobić, kiedy przestępcami byli członkowie śmietanki towarzyskiej. Z drugiej strony osoby, które do elit nie należały, nie mogły liczyć na żadne wsparcie.

Maria Zajdlowa, morderczyni swojej 12-letniej córki, była oczywiście kobietą godną najwyższego potępienia, ale przecież niezależnie od swojego czynu powinna mieć prawo do uczciwej obrony. Tymczasem rozmowę z prawnikiem umożliwiono jej dopiero przed samą rozprawą – długo po tym jak przyznała się do wszystkiego przed policjantami i prokuratorem.

Sam proces odbywał się, jak już wspomniałem, pod wielką presją tłumu. Pod sądem ustawiały się tysiące żądnych krwi ludzi, skład orzekający właściwie nie miał wyjścia – tylko dożywocie mogło zaspokoić szturmujących gmach łodzian. Po rozprawie oskarżoną trzeba było wyprowadzić pod eskortą, ryzyko linczu było gigantyczne.

Do dantejskich scen dochodziło też na pogrzebie dziewczynki, gdzie tysięczne tłumy szły na cmentarz, zadeptując się wzajemnie. Ludzie mdleli, ofiary odwożono do szpitali. Chyba tylko cudem nikt nie zginął.

Skoro już mówimy o jednej nastoletniej ofierze, porozmawiajmy może o innych. Przenieśmy się na chwilę do ówczesnego Poznania...

Jeśli przedwojenny Poznań to oczywiście sprawa Piekuckiego i jego pedofilskiego gangu. Z wielu powodów jest to historia ważna nie tylko w mojej książce, ale też – w historii przedwojennej Polski ogółem. Obala mit, który dominuje w dzisiejszych wyobrażeniach o życiu 80 lat temu. Mówi się, że przed wojną było po prostu lepiej. Ludzie byli porządni, obyczajni, nie było całej tej przesiąkniętej seksem popkultury, wszędobylskiej pornografii. Ciągle słyszymy, że wtedy było nie do pomyślenia to, co się dzieje dzisiaj.

Trudno o większą pomyłkę.

Lepiej zapytajmy, czy dzisiaj byłoby do pomyślenia to, co stało się na początku lat trzydziestych w Poznaniu. Pedofilską szajkę założył tam jeden z najbardziej wpływowych i najlepiej znanych endeckich polityków w Wielkopolsce. Feliks Piekucki był niekwestionowanym celebrytą, niemal co drugi dzień gościł w radiu (najważniejszym medium epoki). Wcześniej pełnił funkcję komendanta miasta podczas powstania wielkopolskiego, był jeden z organizatorów zbrojnego zrywu. Przez lata organizował patriotyczne imprezy oraz religijne kongresy wzywające do walki z rozpustą współczesności.

Dzisiaj jednak trudno znaleźć o nim jakiekolwiek informacje w podręcznikach i publikacjach poświęconych powstaniu. Został wymazany z historii w sposób, który można porównać chyba tylko z zabiegami znanymi z Rosji Radzieckiej.

Dlaczego?

Ano dlatego, że Piekucki miał pewne osobliwe hobby. Lubił spotykać się z trzynastoletnimi dziewczynkami. I bardzo lubił sprzedawać trzynastoletnie dziewczynki innym panom. To była szajka pedofilska oplatająca cały Poznań. Funkcjonowała w szeregu różnych lokali i pod wieloma nazwami. Pieniądze na rozkręcenie tego „Domu rozkoszy” płynęły od najzamożniejszych obywateli. I to właśnie oni stanowili klientelę: politycy, finansiści, przemysłowcy. Brali udział w orgiach, kupowali ostrą dziecięcą pornografię.

Feliks Piekucki był pazernym i wyuzdanym panem w średnim wieku, ale był też celebrytą. Innymi słowy: miał raczej napięty harmonogram, a ktoś przecież musiał prowadzić cały erotyczny interes.

I tutaj na scenę wkraczają kolejne upadłe damy…

Do tej roli polityk najął dwie obrotne kobiety – Marię Hermanową, a przede wszystkim jej córkę, Małgorzatę Genzlerową. Ta ostatnia została swego rodzaju menedżerem „Domu rozkoszy” vel „Klub erotomanów”. Razem z kilkuletnią córeczką przemierzała miejskie parki i zapuszczała się w okolice szkół, gdzie zaczepiała ładne, nastoletnie dziewczęta. Na różne sposoby skłaniała je do wizyty w umówionym miejscu: przekupywała cukierkami, obiecywała sukienki i drobne prezenty, mamiła wizją pracy opiekunki do dziecka. Niczego nie podejrzewające ofiary były następnie upijane lub narkotyzowane. Trafiały w łapy członka szajki odpowiedzialnego za przygotowanie zdjęć pornograficznych (i będącego jednocześnie pracownikiem jednego z bardziej szanowanych atelier fotograficznych w mieście), a w końcu do klientów. Wszystko działo się niemalże na oczach miasta: w lokalach przy głównych ulicach, często na parterze. Przechodnie nie zwracali jednak uwagi na krzyki wykorzystywanych dziewcząt, woleli przejść nad tym do porządku dziennego.

Na koniec Genzlerowa zastraszała dzieci, tak by nikomu nie zdradziły swojego losu i faktu istnienia szajki. Po tym wszystkim jak gdyby nigdy nic wracała do domu, do męża. W całym swoim haniebnym procederze kierowała się tylko jedną zasadą – kończyła zawsze przed godziną 17, tak by zdążyć przygotować obiad przed tym jak mąż przyjdzie z pracy.

Przykładna żona i gospodyni domowa.

Jak na ironię to właśnie mąż, Franciszek Genzler, w końcu nabrał podejrzeń i zaczął śledzić każdy krok małżonki. Podejrzewał, że Małgorzata ma romans. Prawda okazała się nieporównanie bardziej druzgocząca.

Poszedł na policję, gdzie początkowo chyba go wyśmiano...

Historia była tak nieprawdopodobna, że w pierwszej chwili nikt na posterunku nie potraktował jej poważnie. Zbycie petenta przyszło policjantom tym łatwiej, że sam Genzler był raczej mało charyzmatyczną postacią. Niski, zahukany urzędniczyna, przez kolegów powszechnie przezywany pantoflarzem. Funkcjonariuszom dużo bardziej prawdopodobne wydawało się, że padł po prostu ofiarą zdrady, niż to, że jego żona jest wpływową burdelmamą na usługach politycznej mafii.

Co ważne – w ostatecznym rozrachunku właściwie cała szajka pozostała bezkarna. Oczywiście kariera polityczna Piekuckiego skończyła się z hukiem, ale sędziowie – będący członkami tej samej grupy społecznej – nie próbowali niszczyć mu życia. Trafił do więzienia zaledwie na półtora roku.

Dlaczego tak krótko?

Argumentowano, że więcej nie trzeba, bo przecież skazany ma wielkie zasługi dla narodu. Jego towarzyszy nie spotkała nawet taka kara: dostali wyroki w zawieszeniu. I to mimo, że zebrano zupełnie przytłaczające dowody: zeznania wykorzystywanych dzieci, przechwycone w areszcie grypsy, a przede wszystkim 150 zdjęć i rysunków pornograficznych. Widniały na nich małe dziewczynki, nago, w towarzystwie oskarżonych.

Prawdziwe konsekwencje poniosła wyłącznie Małgorzata Genzlerowa. Ona nie miała ani koneksji politycznych, ani wysokiej pozycji społecznej. Nic więc dziwnego, że właśnie menedżerkę obarczono całą odpowiedzialnością za pedofilski proceder.

A co z ofiarami? Dzisiaj dokłada się starań, by ofiarom przestępstw seksualnych zapewnić anonimowość i bezpieczeństwo. Jak było przed wojną?

W tym przypadku sytuacja wyglądało nieco lepiej niż na przykład w sprawie Marii Zajdlowej, ale w żadnym razie nie było to efektem większej wyrozumiałości mediów. Po prostu sędziowie utajnili proces, przez co wiele szczegółów nie wypłynęło na światło dzienne. Nie oszukujmy się jednak: poznańskim jurystom nawet przez myśl by nie przeszła ochrona interesów małoletnich ofiar. Po prostu chcieli ograniczyć skalę skandalu obyczajowego i ochronić społeczeństwo przed wystawieniem na rozpustne informacje. W świętoszkowatej atmosferze lat trzydziestych był to bardzo często stosowany argument. Oficjalnie przyjmowano, że Polacy nic nie wiedzą o seksie pozamałżeńskim, gwałty się nie zdarzają, a na określenie pedofilii nawet nie znano żadnego osobnego słowa. Prościej było założyć klapki na oczy, niż przyznać, że jednak w Polsce istnieją problemy z przestępczością seksualną. Poważne problemy.

Mimo rzucanych im pod nogi kłód dziennikarze zrobili swoje. Już na samym wstępie wrobili w aferę Bogu ducha winną kobietę, którą z burdelmamą-Genzlerową łączyło tylko wspólne nazwisko (oczywiście podali jej pełny adres). Następnie dotarli do nazwisk wybranych ofiar, do osób choćby luźno powiązanych ze sprawą, do przeróżnych plotek, które publikowali bez żadnej kontroli i bez zważania na dobro ich bohaterów. Wiedzieli, że na procesy o zniesławienie i tak mało kto mógł sobie w tamtych czasach pozwolić.

Inny, opisywany przez ciebie przykład upadłej damy, to Wanda Parylewiczowa…

Siostra jednego z najważniejszych polityków w Polsce i ikony sanacyjnego systemu oraz żona drugiego najważniejszego sędziego w kraju. A jednocześnie założycielka gigantycznej szajki korupcyjnej.

Jak do tego doszło? Po co jej to było, skoro należała do ścisłej czołówki polskiej socjety? Miała w sobie jakiś gen przestępczy?

Myślę, że nie tyle miała gen przestępczy, co brakowało jej genu samokontroli. Już od wczesnej młodości zawsze wydawała znacznie więcej pieniędzy, niż ich posiadała. Zawsze też pragnęła żyć na wysokiej stopie, wzbudzać zazdrość otoczenia, obrastać w luksusy. Nie było to łatwe, bo urodziła się jako córka ubogiego urzędniczyny z Gorlic na granicy z Węgrami. Już jako młoda nauczycielka kombinowała, wyłudzała pożyczki, zdarzyło jej się nawet sfingować napad na samą siebie, w którym „skradziono jej” pieniądze należące do szkoły.

Pozycja jej męża, Franciszka Parylewicza, rosła dużo wolniej niż jej własne zachcianki i ambicje. W efekcie kiedy wreszcie dotarła na szczyt – najpierw jako żona wiceszefa sądu apelacyjnego w Krakowie, następnie prezesa sądu w Tarnowie, a wreszcie prezesa krakowskiej apelacji – była już zadłużona po uszy. Podobno nawet na miliony złotych, w przeliczeniu na dzisiejszą wartość pieniądza.

Tak wygląda proste wyjaśnienie, ale jest jeszcze drugie – stawiające pod pręgieżem nie tylko Wandę Parylewiczową, ale całe jej środowisko. Polska sprzed wieku to był świat, w którym korupcja, nepotyzm i płatna protekcja należały do porządku dziennego. Ze świeca można by szukać przedwojennego polityka, który nigdy nie załatwił posady żadnemu krewnemu, nigdy nie przyjął albo nie dał łapówki, nie zmienił żadnej decyzji na prośbę przyjaciół.

Wanda miała ojca urzędnika, i to funkcjonariusza szczególnie skorumpowanej służby celnej, męża w służbie politycznej, brata polityka. Przez całe życie obserwowała układy i układziki, w które wchodzili, by pchać do przodu swoją karierę. Obserwowała i wyciągała wnioski...

Opowiedzmy może trochę o słynnym bracie Wandy.

Bronisław Pieracki był niewątpliwie jednym z najinteligentniejszych polityków w przedwojennej Polsce. Doskonale rozumiał kulisy partyjnych gier. Potrafił wyczuwać, skąd nadciągają polityczne zmiany i zawsze wybierać idealne pole na szachownicy. Od 1928 roku był posłem, od 1929 wiceministrem, od 1931 szefem ministerstwa spraw wewnętrznych. Trafił do ścisłej czołówki stronnictwa piłsudczyków, dzisiaj szacuje się, że był czwartą, może piątą najważniejszą osobistością w systemie władzy. Ale prawdziwy przełom w jego karierze nastąpił... po śmierci.

Pieracki zginął z ręki ukraińskiego nacjonalisty. To był drugi najgłośniejszy mord polityczny w II Rzeczpospolitej, zaraz po zamachu na prezydenta Narutowicza. Z dnia na dzień Pieracki z wprawnego polityka przeistoczył się w męczennika: nieskazitelny symbol nowego, uczciwego systemu, który oddał życie w walce o lepszą Polskę.

W rzeczywistości Pieracki nie był jednak żadnym świętym?

Podobnie jak każdy załatwiał stanowiska, koncesje i tytuły swoim krewnym. Jego matka dostała od państwa intratną dzierżawę, brat z asystenta nauczyciela bez zdanych egzaminów awansował na dyrektora departamentu w Ministerstwie Oświecenia Publicznego. Awansował też szwagier, Franciszek Parylewicz – bez pomocy Bronka ten przeciętny formalista, człowiek bez żadnych ambicji, nigdy nie zostałby prezesem sądu w Muszynie, a co dopiero w Krakowie. Ale miał plecy, więc został.

To co po tragicznej śmierci Pierackiego robiła jego siostra (obiecywała załatwianie posad, wpływanie na wyroki sądów, przyznawanie koncesji, korzystne decyzje administracyjne, unieważnianie kar itp. itd.) tak naprawdę nie wykraczało poza przyjętą wśród elit normę. Nienormalny – z perspektywy jej środowiska – był fakt, że Wanda nie miała żadnego umiaru. Nie wiedziała gdzie postawić granicę. Zamiast załatwiać swoje interesy po cichu, w kuluarach, ogłaszała się niemal publicznie. Wysyłała setki listów protekcyjnych, wierzyła, że wszystko może załatwić jednym argumentem: jako pogrążona w żałobie siostra Pierackiego.

To zresztą jeszcze nie cała historia. Wokół tej wielkiej damy powstało zjawisko zupełnie kuriozalne: żydowski gang protekcyjny założony przez Helenę Fleischerową. Tarnowską przekupkę handlującą do tej pory włóczką i nićmi.

W jaki sposób zaczęła się ta, przyznajmy, dość niecodzienna współpraca damy z wyższych sfer z żydowską handlarką włóczką?

Wanda, kiedy jej mąż był jeszcze sędzią w Tarnowie, zadłużyła się w sklepie Fleischerowej. Dla niej była to norma, długi robiła niemal w każdym sklepie. Sytuacja była tylko o tyle wyjątkowa, że Fleischerowa nie zamierzała jej darować. Nie zważając na to, że chodzi o żonę prezesa sądu, zażądała by towar wzięty na krechę spłacić.

Ale jak ona właściwie te długi robiła? Mówiło się chyba o tym, że była niepoprawną hazardzistką?

Myślę, że to legenda, nigdzie nie udało mi się znaleźć w dokumentach potwierdzenia, że miała taki nałóg. Władze później, próbując zamieść sprawę pod dywan, przypisywały jej wszelkie możliwe przewiny i to chyba jeden z przykładów. W rzeczywistości Wanda była raczej – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – nałogową zakupoholiczką.

W każdym razie przystawiona do muru zaproponowała Fleischerowej, że jej też może załatwić tę czy inną sprawę. Hinda nie była jednak w ciemię bita i szybko zrozumiała, że szkoda prosić o jednorazową przysługę. Lepiej wejść z panią prezesową w spółkę i wspólnie zbić na tym majątek! Ona miała napędzać klientów i zbierać kasę, a Parylewiczowa – spełniać życzenia.

Tak oto przy tarnowskiej przekupce powstał gang, który siłami całej jej rodziny i grona współpracowników sprzedawał usługi protekcyjne w Małopolsce, a pewnie i poza nią. Do Fleischerowej po pomoc przychodzili sędziowie, prokuratorzy, urzędnicy. Wyobraźmy sobie taką sytuację – sędzia sądu okręgowego w Rzeszowie przychodzi do tarnowskiej przekupki, bo chce mieć lepsze stanowisko. Jest zupełnie przekonany, że właśnie ona, właścicielka podrzędnego składu galanteryjnego, może mu załatwić nowy stołek. i to się działo naprawdę!

Trudno dzisiaj ustalić, jak wielka była skala tej działalności. Zamieszane mogły być setki osób. Krążyły nawet dowcipy, że kiedy polski statek handlowy dopłynął do Namibii i krzyknięto z pokładu: „Czy są tu jacyś klienci Parylewiczowej?” to zaraz odpowiedziało kilku czarnoskórych. To niby tylko żart, ale lepiej niż cokolwiek innego pokazuje powszechne wyobrażenie o wpływach pani prezesowej.

Kto był szefem w tym układzie – Parylewiczowa czy Fleischerowa?

Początkowo była to Parylewiczowa, potem jeszcze długo czerpała z tego wszystkiego procent, ale ona zupełnie nie miała głowy do interesów. Natomiast Fleischerowa nie brakowało talentu do przekrętów. Z drugiej strony nie miała żadnych skrupułów. Myślała pewnie: „Mam tutaj kobietę, której samo nazwisko otwiera wszystkie drzwi. Wystarczy, że będę innym wmawiać, że Parylewiczowa załatwi to, załatwi tamto…”.

A czy Parylewiczowa w ogóle wiedziała o tym, że jej nazwisko jest w ten sposób wykorzystywane?

Do pewnego momentu tak. Początkowo ściśle ze sobą współpracowały, ale z czasem Fleischerowa zrozumiała, że nie ma sensu płacić prowizji Parylewiczowej, jeśli wiele spraw może załatwić równie skutecznie. Stopniowo uczyła się, jak szantażować sędziów, jak uderzać do urzędników, jak wzajemnie wykorzystywać swoich klientów. Jeżeli klientem był sędzia, a jednocześnie człowiek, który miał proces przed tym sędzią, wystarczyło sędziemu – w zamian za rzekome załatwienie jego sprawy – kazać załatwić sprawę tamtego klienta. System był wprost genialny: to był odpowiednik piramid finansowych, ale w przeciwieństwie do szwindli Ponziego i Grobelnego nie chodziło w niem o fałszywy obród pienoiądzem. To nie dopływ coraz większych wpłat zapewniał działanie systemu, ale dopływ ludzi z odpowiednimi możliwościami, kontaktami. Każdy kolejny klient miał pomagać wcześniejszym. A cała kasa szła do kieszeni Fleischerowej.

Kobieta mogła zajść naprawdę daleko w przestępczym, gdyby nie kompletny brak rozwagi i umiaru ze strony Parylewiczowej...

Jak to wszystko się skończyło?

Parylewiczowa trafia do więzienia i tutaj cała sprawa robi się jeszcze ciekawsza. Wybucha gigantyczna afera, piłsudczykowski system władzy – już osłabiony śmiercią Marszałka rok wcześniej – chwieje się w posadach. Opozycja wykorzystuje jedyną w swoim rodzaju okazję do zdyskredytowania sanacyjnych polityków, moralnych spadkobierców Pierackiego.

Jednocześnie prasa spekuluje, że Parylewiczowa jest zbyt wysoko postawiona, by naprawdę mogła ponieść karę. Z drugiej strony chodzą plotki, że trzymana w odosobnieniu malwersantka zagroziła, że jeśli w ogóle zostanie postawiona przed sądem, to pociągnie ze sobą na dno cały rząd. Zdradzi wszystkich swoich wspólników, uderzy w układ władzy.

Plotki te nie znajdują żadnego potwierdzenia w dokumentach, ale jedno nie ulega wątpliwości. Parylewiczowa przed sądem nie stanęła. W tajemniczych okolicznościach zmarła w więzieniu. Spekulowano, że miała raka. Sekcję zwłok wykonało 6 najwybitniejszych profesorów medycyny, ale w efekcie badań tylko wzmogła się fala spekulacji. Za oficjalną przyczynę śmierci uznano tajemniczą chorobę nerek. Ale skąd ta choroba się wzięła? Nie wiadomo. Do dzisiaj zupełnie poważnie powtarzana jest wersja o otruciu pani prezesowej arszenikiem...

A czy ktokolwiek poniósł karę w związku z tą sprawę?

Oczywiście Fleischerowa. Była Żydówką, więc nikomu nie przeszkadzało, że zostanie ukarana. Pod koniec lat 30. XX wieku było bardzo poprawne politycznie, żeby pokazać aferę korupcyjną jako sprawę – jak to pisały gazety – „czysto żydowską”. Z Parylewiczowej władze starały się uczynić zupełnie przypadkową ofiarę semickiej obłudy i pazerności.

Na koniec powiedzmy jeszcze, że w książce opisujesz szczegółowo dużo więcej historii upadłych dam II RP i spróbujmy odpowiedzieć na tradycyjne pytanie – kto i dlaczego powinien sięgnąć po Twoją książkę?

Mam nadzieję, ze to jest książka, która mówi coś o nas jako Polakach, o naszej historii. Pokazuję, że jednak powinniśmy mieć dystans do swojej przeszłości. Z jednej strony przedwojenna Polska wcale nie była krainą miodem i mlekiem płynącą. Toczyły ją przeróżne patologie, życie było ciężkie a rozdźwięk pomiędzy losem elit i zwykłych ludzi oszałamiający. Zarazem jednak tamte czasy były dużo bardziej podobne do dzisiejszych niż nam się wydaje. Dziadkowie i pradziadkowie dzisiejszych Polaków borykali się z tymi samymi problemami co my. Może warto uczyć się od nich? Zarówno na ich błędach, jak i sukcesach.

Można powiedzieć, że pokazujesz, iż II RP nie była krajem tylko mlekiem i miodem płynącym, ale także krwią spływającym. Dodajmy jeszcze, że te kryminalne historie, które opisujesz, są dla ciebie właściwie pretekstem do opisu ówczesnej Polski i świata, ówczesnych czasów, ówczesnej obyczajowości.

Zależało mi, żeby moja książka miała więcej niż jedno dno, żeby skłaniała do innego spojrzenia na przeszłość. Ale to nie był najważniejszy cel. Przede wszystkim chciałem, żeby „Upadłe damy II Rzeczpospolitej” były wciągającą lekturą na długie jesienne wieczory. Kryminałem, w którym wszystko wydarzyło się naprawdę. Ale czy to się udało – niech ocenią Czytelnicy.

Rozmawiał: Grzegorz Wysocki, WP.PL

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP