Trwa ładowanie...
Informacja prasowa

"Arabska zdrajczyni"

Fragment książki

Share
 Źródło: materiały partnera
d1x4a7s

Dorota nie ma ochoty wracać do domu. Nie czuje się ani zmęczona, ani śpiąca. Aszraf znów jest na służbie, więc nikt tam na nią nie czeka. Co tu robić? Darii nie powinna za często odwiedzać, bo córka zwariuje, a nikogo innego nie ma. Jak to nie? – przemyka jej przez myśl. A Warda? Co z tego, że ma teraz kochasia i utonęła w oceanie miłości? Przecież chyba nie grzmocą się od rana do wieczora? - typowo dla siebie podsumowuje. Mogą ze starą, znudzoną i spragnioną towarzystwa kumpelą napić się herbaty. W końcu to ja ich spiknęłam.

Kiedy widzi światło w oknach willi mieszanej pary, odsyła kierowcę i idzie w odwiedziny. Jest jeszcze całkiem wcześnie, bo dopiero dwudziesta, choć mrok zapadł z dwie godziny temu. Tak to jest w tym regionie świata. Polka dzwoni do drzwi, ale nikt jej nie otwiera. Co za chamy! – oburza się. Gołym okiem widać, że ktoś jest w domu. Idzie znaną sobie ścieżką przez zarośnięty, zaniedbany ogród i staje przed drzwiami tarasowymi. Odnotowuje jakiś ruch w środku, bo cienie malują się na podłodze pod nie do końca opuszczoną żaluzją. Na szczęście zachowała klucz do tego wejścia, tak na wszelki wypadek. Cicho wsadza go do zamka, przekręca i uchyla odrzwia.

– Ty przeklęta, pyszałkowata szarmuto! – słyszy teatralny ryk, wyartykułowany przez arabskiego mężczyznę. – Uważałaś, że pozwolę ci na grzeszne cielesne przyjemności?! Że zaakceptuję totalne pohańbienie rodziny?

d1x4a7s

Dorota dobrze pamięta, że w kącie tarasu zawsze trzymały kij bejsbolowy. Długo się nie zastanawiając, rzuca torebkę na zakurzone płytki, ściąga abaję, chwyta za trzonek i wpada do domu.

***

Warda nie ma zamiaru posłuchać rozsądnej koleżanki. Stwierdza, że skoro tyle czasu jej się udawało, to przez jedną noc szczęście się od niej nie odwróci. Na pewno nic złego się nie wydarzy. Niepoprawna optymistka wierzy w to głęboko. Niemniej bierze z kliniki wątpliwe środki samoobrony, takie jak bezprzewodowy laserowy lancet, nożyczki chirurgiczne i rozwieracz do ran ze stali chirurgicznej. Mało przydatne zabawki, ale co lekarka może wiedzieć o akcji defensywnej. Bardziej liczy na uśmiech losu.

d1x4a7s

Pędzi wąskimi dróżkami na tyłach domostw, w których świeci się światło i rodziny siadają do kolacji. Wszyscy czują się bezpiecznie, bo są tu strzeżeni przez ochronę i Gwardię Narodową. To jedno z najpewniejszych miejsc w Rijadzie, bo nigdy, nawet w najgorszych czasach eskalacji ataków al-Kaidy[1], nie doszło tu do zamachu terrorystycznego. Kobieta z szaleńczo bijącym sercem przecina szutrową drogę i wpada na swój teren. Oddycha z ulgą i od progu krzyczy:

– Mietek! Mietek! Musimy porozmawiać!

Kiedy przemyka korytarzem i wbiega do salonu, staje jak wryta. Na kwiecistym dywanie w kałuży krwi leży jej ukochany Polak, a naprzeciwko niego, wygodnie rozparty w fotelu, siedzi znienawidzony przez nią człowiek, jej były mąż Dżafar. Ma wredny, przyklejony do ust uśmieszek. Ewidentnie jest pod wpływem alkoholu, bo odór gorzały ciężko wisi w powietrzu, a poszerzone źrenice świadczą, że nie odmówił sobie też marihuany albo haszyszu. Jego biała toba jest zbryzgana krwią, a z noża o lśniącym ostrzu, który dzierży w dłoni, kapie powoli gęstniejąca posoka.

Warda przełyka ślinę, miękną jej kolana, a w uszach szumi. Od razu doskakuje do ofiary. Zrywa z włosów cienką chustę w pastelowych kolorach i przytyka ją do rozpłatanego gardła. Mocno dociska, chcąc zatamować krwawienie. Pod palcami wyczuwa lekkie, nitkowate bicie serca. Mietek jest jeszcze bledszy niż zazwyczaj, a jego czerwone usta pokrywa spieniona ślina podbarwiona krwią. Wbija ostatnie spojrzenie gasnących oczu w swą ukochaną. Jego twarz wyraża niedowierzanie i dziecięcą bezbronność. Warda wie, że jeśli pomoc medyczna nie zostanie mu udzielona natychmiast, najpewniej za chwilę będzie po nim. Lekarka działa jak zaprogramowana. Wstaje, wyciąga z medycznej torby bandaż i w milczeniu zabiera się do zakładania opatrunku. Popełnia błąd, obracając się plecami do mordercy i zwyrodnialca, który zieje do niej nienawiścią. Kiedy machinalnie i z ogromną wprawą wykonuje czynności, próbując uratować Polakowi życie, jej były mąż odrzuca kindżał i wyjmuje z pojemnej kieszeni toby niewielkie narzędzie zbrodni. Idealne, najlepsze według tych, którzy się mszczą za swój zbrukany honor. Rozwija dość spory kawałek termokurczliwej, przemysłowej folii, jeden i drugi koniec okręca wokół dłoni, a następnie zachodzi swoją byłą od tyłu i z zaskoczenia okleja jej twarz. Warda jednak nie jest słabą lilijką. Zażywna dzierlatka błyskawicznie strąca z siebie zniszczonego alkoholem i narkotykami chuderlaka, kopie go w goleń, a potem na odlew strzela w pysk.

d1x4a7s

Imszi barra![2] – charczy, miotając iskry czarnymi oczyma. – Imszi barra! Pókim dobra, póki cię jeszcze nie zabiłam, ty mięczaku!

– Chciałabyś, dziwko! – rechocze obrzydliwie Dżafar.

Jest dobrze przygotowany. Nie ograniczył się tylko do głupiej folii, a jedynie z nią pospieszył. Ukradkiem zakłada na dłoń kastet. Z tym jego piękna już tak łatwo sobie nie poradzi, zwłaszcza że całkowicie się go nie spodziewa. Pierwszy cios spada na policzek kobiety, rozcinając jej skórę. Podczas szamotaniny bujne włosy wysypują się spod obluzowanej klamry, ułatwiając napastnikowi zadanie. Chwyta ją za nie i przyciąga do siebie. Teraz już leje, gdzie popadnie. Łamie jej nos, godzi w wysokie, rasowe czoło, rozwala powiekę, z której obficie wypływa krew, oślepiając ją.

Mężczyzna wkłada w akt zemsty całe swoje wątłe siły, a szaleństwo dodaje mu energii. Dyszy, rzęzi, pluje się, lecz nie przestaje. Zaatakowana usiłuje się bronić, na oślep macha rękami, co rusz udaje jej się zahaczyć paznokciem o obrzydliwą twarz mordercy, ale to nic nie daje. Traci siły w momencie, gdy damski bokser zaczyna okładać jej dekolt i piersi, bo ból jest przeogromny. Kiedy dostaje metalowego kuksańca w bok, traci dech. Na to Dżafar tylko czekał. Teraz ofiara jest tak słaba, że z łatwością uda mu się wykonać zadanie. Reputacja rodziny i jego godność osobista wreszcie zostaną oczyszczone. Nic mu nie grozi za popełnienie zbrodni honorowej, bo przecież był – i wciąż jest – mężem tej rozpustnicy, która rozwód otrzymała według niego bezprawnie. Uważa bowiem, że tylko on, tylko mężczyzna może się z kobietą rozwieść. Zatem w jego opinii Warda niezmiennie pozostaje jego żoną, a on niewierną połowicę, na dokładkę grzeszącą z innowiercą, ma pełne prawo surowo ukarać. Ma prawo zabić. Sąd mu przyklaśnie i pogratuluje głębokiej wiary i bohaterstwa. Saudyjczyk wlecze za włosy swą zmasakrowaną eks, rzuca ją na kanapę, obraca bezwolną i jęczącą na brzuch i siadając okrakiem na jej plecach, przystępuje do dzieła. Folia jest elastyczna i idealnie dopasowuje się do kształtu niegdyś ślicznej twarzy. Szczelnie zakleja usta. Zabójca owija ją dwukrotnie wokół krwawiącej głowy. Ofiara desperacko łapie powietrze, co jedynie skraca jej męczarnie, bo tlenu pod celofanem błyskawicznie ubywa. Czuje ból w płucach, palenie w gardle, drapie paznokciami tapicerkę, kopie nogami, lecz przed oczami ma jedynie mroczki. Słabnie. Mięśnie jej wiotczeją, a ciało coraz ciężej wtapia się w sofę. Zwisa bezwolnie. Ręce obsuwają się wzdłuż tułowia. Stopniowo traci świadomość. Mietek, przebiega jej jeszcze przez myśl. Kochany mój. Do zobaczenia w dżennie[3]. Będziemy tam razem na wieki

d1x4a7s

Ani Dżafar, ani Warda nie słyszą donośnego dzwonka u drzwi, który ktoś wielokrotnie nadusza. On w euforii i poczuciu dobrze spełnionego obowiązku pochyla się nad swoją ofiarą i z ogromną satysfakcją wbija w nią swe szalone gały. Ona nie czuje już niczego, odpływa w nieświadomość, zbliża się do granicy między życiem a śmiercią. Nie dociera do niej nic ze świata zewnętrznego. Jest bezwolnym workiem treningowym dla swego sadystycznego męża. Workiem, który teraz nadaje się jedynie na śmietnik. Całkowicie bezużytecznym. Nagle robi jej się lżej, ciężar z pleców znika, a ktoś dziurawi folię w miejscu, gdzie ma otwarte usta. Ostatkiem woli bierze świszczący, głęboki oddech. Śmierć odchodzi od niej jak niepyszna. Dziś wieczór i tak zebrała już obfite żniwo.

[1] Al-Kaida (arab.) – dosł. baza; sunnicka organizacja terrorystyczna posługująca się metodami partyzanckimi, początkowo przeciwstawiała się radzieckiej inwazji na Afganistan, z czasem przekształciła się w panislamskie ugrupowanie, którego celem stało się zwalczanie wpływów Izraela, USA i Zachodu w krajach muzułmańskich.

[2] Imszi barra! (arab., tryb rozkazujący) – Spierdalaj! Wynocha!

[3] Dżenna (arab.) – dosł. ogród, raj.

Informacja prasowa
d1x4a7s
d1x4a7s
d1x4a7s