RSS

Wywiad

Wysłuchać drugiego człowieka

03-03-2017 | Książka WP

  A A A
Wysłuchać drugiego człowieka

- Przejmuje mnie samotność ludzi, bezradność, w jaką wpędza ich ten stan. Ale bywa, że i bezradność tych, którzy są świadkami tej samotności i nie zawsze mogą czy potrafią temu zaradzić – mówi Grzegorz Bogdał, którego debiutancki zbiór opowiadań „Floryda” opublikowało właśnie Wydawnictwo Czarne.

Tomasz Pstrągowski: Twoimi bohaterami są postaci z marginesu – zazwyczaj pomijane i przemilczane. Nawrócona prostytutka, kaleki sobowtór Freddiego Mercury’ego, matkobójca, unieruchomiona staruszka, karzeł, który chciałby zostać księdzem, wiejski cudotwórca i jego pacjent – pan Stanisław. Dlaczego właśnie one cię interesują?

Grzegorz Bogdał: Takie postaci same przychodzą mi do głowy, a skoro tak się dzieje, uważam, że właśnie o nich powinienem pisać.  Interesują mnie historie ludzi niespełnionych, samotnych, czasami nieporadnie próbujących zrobić coś dobrego dla siebie lub bliskich.

Symbolem niespełnienia twoich bohaterów jest tytułowa Floryda, o której niemal każdy z nich marzy. Ale czy gdyby ona się spełniła, byliby szczęśliwsi?

Nie wiem, czy jest symbolem ich niespełnienia. Jestem ostrożny, jeśli chodzi o nadawanie czemuś symbolicznego znaczenia. Ale jeśli już spróbować, to może Floryda symbolizowałaby raczej nieustającą wiarę w to, że spełnienie uda się wreszcie osiągnąć, nawet wbrew rzeczywistości, na przekór wszystkiemu. Niekoniecznie musi się to powieść.  Nazwa „Floryda” pochodzi z języka hiszpańskiego i podobno oznacza krainę kwiatów. Marzenia i pragnienia bohaterów moich opowiadań często są jak ta nazwa – nieco kiczowate, naiwne, ale kryje się za nimi szczera potrzeba doświadczenia w niezbyt udanym życiu czegoś naprawdę pięknego i dobrego.

Twoi bohaterowie są… dziwni, słabi, oryginalni, pokraczni. Będąc okrutnym, można by o nich powiedzieć, że to postaci z gabinetu osobliwości. Nie bałeś się, że ich ośmieszysz?

Obawiałem się i dlatego bardzo dbałem o to, by tego nie zrobić. Pisałem o nich jak o ludziach po prostu. Nie są wcale aż tak osobliwi i odmienni. Ich fizyczne czy psychiczne słabości utrudniają im kontakt ze światem i ludźmi. To, że w czyichś oczach mogą się wydać śmieszni, nie znaczy wcale, że tacy są. To raczej problem tego, jak ktoś patrzy na ludzi różniących się od tzw. przeciętnego człowieka, jeśli taki ktoś w ogóle istnieje.

Dlaczego tacy bohaterowie są dla ciebie ważni?

Ponieważ ludzie tacy jak oni często są wykluczani społecznie, materialnie, kulturowo. Z drugiej strony dzięki temu znajdują się na obrzeżach współczesności, a tam wydarza się sporo interesujących historii. Ciekawią mnie również problemy z porozumiewaniem się. Wymagają one znalezienia nowego lub innego sposobu komunikowania się. A to z kolei działa bardzo ożywczo na język. Wytrąca go z bezpiecznych torów i zmusza do jazdy po wertepach.

Drążę ten temat, bo fascynuje mnie, że czynisz bohaterem swojego opowiadania na przykład pana Stanisława. Zwykłego pana Stanisława z małego miasteczka, który kiedyś stracił głos, ale poza tym w jego życiu nie wydarzyło się nic radykalnego. Dlaczego właśnie pan Stanisław cię interesuje?

Trochę jednak pan Stanisław przeżył. Stracił niegdyś głos, potem go cudownie odzyskał. Czy to nie jest wystarczająco radykalne, dla kogoś, kto pogodził się z tym, że już nigdy nie wypowie ani słowa? Poza tym zmarła jego żona, córka wyjechała, przyjaciel przepadł, żyje sam, ma tylko lokatorów swojej kamienicy, i nagle trafia mu się ktoś, kto chce wysłuchać jego opowieści. Przejmuje mnie samotność ludzi, bezradność, w jaką wpędza ich ten stan. Ale bywa, że i bezradność tych, którzy są świadkami tej samotności i nie zawsze mogą czy potrafią temu zaradzić. Czasami wysłuchanie drugiego człowieka to wszystko, co można zrobić. Dlatego kiedy ktoś mnie zaczepi na ulicy i zacznie o sobie opowiadać, i czuję, że ten ktoś chce jedynie, żeby dać mu się wygadać, nie odchodzę, dopóki nie skończy. Nawet jeśli czyjaś historia mnie męczy albo zwyczajnie nuży.

Joanna Podsadecka napisała w swojej recenzji, że bohaterowie „Florydy” próbują uciec od samych siebie. To jest w ogóle możliwe?

Nie. To tak jakby się rozdzieliło na dwie postacie i jedna próbowała uciec od drugiej. Tyle że zawsze się biegnie jak po bieżni przy stadionie. W końcu wpadnie się na samego siebie, tego pozostawionego. No, można zrobić wiele takich okrążeń, ale prędzej czy później dostanie się zadyszki.

Niemal wszyscy bohaterowie „Florydy” budzą sympatię. Inaczej jest z narratorem „Oczka w głowie” – to matkobójca. Jak udało ci się odnaleźć jego głos?

Jego głos nie jest szczególnie skomplikowany. Trochę krótkich, urywanych zdań, trochę zawodzenia i prób zagadania koszmaru. Sam tekst to zresztą literacki żart, który wziął się z tego, że parę lat temu, jadąc tramwajem, przeczytałem ciekawostkę przewijającą się przez ekran reklamowy. Zdanie w stylu: „Czy wiesz, że karaluch jest w stanie przeżyć bez głowy dwa tygodnie?”. Pomyślałem: co by było, gdyby bez głowy potrafił przeżyć człowiek?

Właśnie, każdej z postaci oddałeś głos – i ten głos, jego rytm, styl etc. jest w opowiadaniach „Florydy” bardzo ważny. Jak do niego dochodziłeś?

Zazwyczaj zaczynając pisać opowiadanie, zatrzymuję się po kilku akapitach i stwierdzam, że język jest zbyt płaski czy przezroczysty. Wtedy wracam do początku i próbuję znaleźć język odpowiedni dla danej postaci. Wypróbowuję różne sposoby mówienia, trochę tak, jakbym podkładał głos pod wypowiedzi aktora. Dopóki brzmi to jak nieudolny dubbing, szukam dalej. Kiedy zaczynam wierzyć, że głos należy do tej postaci, idę za tym.

Ok, ale jak znaleźć język pozbawionego nogi sobowtóra Freddiego Mercury’ego?

Pracując nad tą postacią, czułem, że jej siłą napędową może stać się natarczywość. Sobowtór Freddiego bardzo chce mówić i zostać wysłuchany. I nie daje się spławić. Pamięć o tej natarczywości pozwoliła mi znaleźć rytm jego wypowiedzi. Trudno mi coś więcej powiedzieć.

Do każdego tekstu wymyślam trochę inną metodę, ale kiedy skończę pisać, zapominam o niej. Jest dla mnie jak rusztowanie, które po wszystkim składam, i nie potrafię już odtworzyć jego wyglądu. Przydało się do postawienia budynku, ale samo w sobie nie ma wielkiej wartości. Jedna tylko rzecz jest stała. Jeśli utknę podczas pisania, pomaga mi mycie naczyń. Dlatego zawsze trzymam w umywalce kilka talerzy i garnków. Prawie zawsze podczas zmywania wpadam na pomysł rozwiązania problemu.

Identyfikujesz się ze swoimi postaciami?

I tak, i nie. Ponieważ staram się podczas pisania przyjąć ich punkt widzenia, a co za tym idzie, język, siłą rzeczy myślę jak one. W tym sensie chwilami staję się jakąś postacią. Ze swojego „ja” zostawiam tylko kontrolera jakości, który sprawdza, czy historia, którą zapisuję, jest ciekawa i czy ma sens – jeżeli tak, daję sobie zielone światło. Jeżeli nie, przerywam pisanie, nawet jeśli odtwarzanie czyjejś wypowiedzi dobrze mi idzie. Sam język to za mało. Zdarza się, że przejmuję maniery językowe moich postaci, ich poczucie humoru, łapię się na tym, że używam charakterystycznych dla nich konstrukcji zdań czy powiedzonek. Albo staję się bardziej wulgarny. Ale to się kończy wraz z pisaniem.

Nie masz problemu, by się z nimi pożegnać?

Nie. Towarzyszą mi, dopóki nie opowiedzą swojej historii. Później już raczej o nich nie myślę. Rzadko tęsknie, a kiedy je żegnam, czuję wręcz ulgę, że mogę w pełni wrócić do siebie samego.

Piszesz o tych bohaterach bardzo szczegółowo – konstruujesz ich pełne biografie. Wiemy, że córka sobowtóra Freddiego miała burzliwą młodość, znamy niemal całe życie Stanisława z „Ujścia”. Jak konstruowałeś te biografie?

W dużej mierze na wyczucie. Oczywiście miałem w głowie ogólny zarys tych biografii, zanim zacząłem pisać. Ale potem, w miarę rozwoju opowieści, ich życiorysy zaczęły obrastać w szczegóły. Tak zresztą jest, że podczas długiej rozmowy z kimś stopniowo ujawniają się kolejne fragmenty jego życia. Raz bardzo ważne dla opowieści, innym razem mniej, ale dla tego, kto opowiada, są rodzajem schodów pomagających dotrzeć do celu. Niekiedy włączam prawdziwe wydarzenia z życia mojego lub moich znajomych. Ale tylko na zasadzie pojedynczych cegiełek – nawet jeżeli przeniosłem je z czyjegoś życia do biografii mojej postaci, nie znaczy to, że cała postać jest oparta na tym człowieku. Zwykle zresztą muszę najpierw taką cegiełkę ociosać, żeby pasowała.

Z tego, co mówisz, wynika, że masz bardzo intuicyjne podejście do pisania. Nawet postaci wymyślasz już w trakcie…

Tak. To często komplikuje sprawy. Sprawia, że muszę się zatrzymać, wrócić i zmienić jakiś fragment. Tak było chociażby w „Ty mnie, ja ciebie” – zacząłem pisać, zatrzymałem się po kilku stronach, wróciłem i prawie wszystko przepisałem od nowa. Robię notatki, zapisuję pomysły, ale nie wszystkie się przydają. Tekst jest dla mnie czymś żywym, nie potrafię wszystkiego z góry zaplanować i potem iść jak po szlaku. Oczywiście wolałbym nie wracać, nie błądzić, to wymaga dodatkowej pracy, nie zawsze chce mi się to robić, kusi mnie, żeby zostawić, jak jest. Ale jednak wolę usunąć nawet dużą część opowiadania i napisać ją od nowa, niż potem żałować, że zostawiłem w nim coś, z czego nie jestem zadowolony.

Ile ci zajęło napisanie opowiadania o sobowtórze Freddiego Mercury’ego?

To opowiadanie pisałem z długą, półroczną przerwą. Ale zazwyczaj na tekst poświęcam trzy miesiące. Nie pracuję symultanicznie – w danym czasie zajmuję się jednym opowiadaniem. Jeśli akurat mam już pomysł na kolejne, to mnie „pogania”.

Innym ważnym aspektem twoich tekstów jest miejsce akcji. Interesują cię mniejsze miejscowości, czasami wręcz zapadłe wsie.

Nie tylko, ale to prawda, że interesują mnie obrzeża. Lubię przestrzenie przejściowe, miejsca pomiędzy, które trudno nazwać, peryferia. Kiedy byłem dzieckiem, wystarczyło, że wyszedłem z centrum Krakowa, z Dębnik, na trochę dłuższy spacer z tatą albo dziadkiem, a miasto już po chwili się kończyło. Trzeba było jedynie wiedzieć, w którą stronę iść. Na przykład brzegiem Wisły. Zmieniała się zabudowa, ubywało ludzi, a przybywało zarośli, błota, kotów i kur, mimo że z trochę wyższych punktów wciąż można było zobaczyć miasto, usłyszeć samochody czy tramwaje. Teraz też lubię się włóczyć bez celu po takich miejscach. Więcej ich zostało na pograniczach niedużych miast niż w Krakowie. Lubię też wsie, a raczej to, że można z nich wyjść i ruszyć przed siebie, długo nie spotykając żadnego człowieka. Jest w tej pustce coś fascynującego i niepokojącego zarazem.

Jak pisać o prowincji, żeby nie popadać w sielankę?

Tak jak o wszystkim innym, bez idealizowania. Nie uważam prowincji za miejsce sielankowe, ale również na duże miasto nie patrzę jak na piekło.

Zdecydowałeś się zadebiutować opowiadaniami. A przecież doskonale wiesz, że w Polsce nikt opowiadań nie czyta. Opublikowanie zbioru opowiadań to najkrótsza droga do bycia pominiętym i zapomnianym. Nie miałeś ambicji napisać powieści?

Myśląc w ten sposób, musiałbym zrezygnować z debiutu. Pisałem swoje licząc na to, że ktoś zechce to wydać. Poza tym od kilku lat sytuacja na rynku opowiadań wyraźnie się zmienia na lepsze. To zasługa zarówno festiwali literackich, np. takich jak wrocławski MFO poświęcony opowiadaniom, jak i wydawców, którzy mając świadomość, że na opowiadaniach nie zarobią, i tak je wydają, i próbują z nimi dotrzeć do czytelników. No i wreszcie swoje robią nowe nagrody literackie, w których zauważani są także autorzy opowiadań.

Co do powieści – noszę w sobie od paru lat pomysł na nią. Zbieram notatki, fragmenty dokumentacji, ale zawsze gdy zaczynam o tym poważniej myśleć, przychodzi mi do głowy pomysł na opowiadanie. Odkładam więc powieść i siadam do opowiadania.

Nie ma w tobie myślenia o „karierze literackiej”?

Nie miałbym nic przeciwko, gdybym mógł się utrzymać z publikowania opowiadań. Miałbym więcej czasu na włóczenie się z psem po peryferiach

To będzie powieść o wykluczonych z prowincji?

Nie. To coś innego, przynajmniej teraz tak mi się wydaje. Nie chcę na razie za dużo o tym mówić, bo może się okaże, że jak w przypadku opowiadań skreślę początek i zacznę od nowa.

Traktujesz pisanie jako obowiązek?

Wtedy, kiedy pracuję nad jakimś opowiadaniem, tak. Staram się poświęcać na to codziennie kilka godzin. Tylko tak mogę utrzymać łączność z językiem narratora. Przerwy mi nie służą. Tracę wtedy parę dni na ponowne wejście w postać i uchwycenie jej głosu. Ale kiedy skończę, nie zapisuję kilku zdań każdego dnia wyłącznie po to, żeby ćwiczyć styl, jak niektórzy radzą. Pomiędzy opowieściami odpoczywam, mam też swoje życie.


Foto © Grażyna Makara

Tagi: Tomasz Pstrągowski, wywiad

Gdzie kupić "Floryda"?
oceń
1
0
Podziel się

Opinie

Ocena: 0 [0]
~Anna [2017-03-05 07:45]

Bardzo zainteresował mnie ten wywiad. Uważam, że opowiadania pana Grzegora Bogdała są świetne (chociaż ich jeszcze nie czytałam) ... ale to tylko kwestia czasu! Na pewno znajdę tą książkę w księgarni lub w bibliotece i przeczytam. Życzę Autorowi udanego debiutu literackiego i wielkiego sukcesu!

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~Julita [2017-03-05 06:29]

Większość Polaków pracujących jest wykluczonych przynajmniej kulturowo bo są wykluczeni ekonomicznie . A ja lubię opowiadania rymowane i w formie żartów np ;,, Wywiad Tygodnia z Prezesem Spółki Państwowej '' lub ,, Poszukiwania niani na bani '' -polecam na Yt

odpowiedz