
23-07-2010 Książki WP

I oto leży przede mną otwarte inferno, kartka za kartką tak samo czarno-białe, tak samo przerażające i – dodać należy – tak samo piękne.
James Nachtwey od lat osiemdziesiątych jest niekwestionowaną marką fotografii reportażowej – przez kilkanaście lat działał w Magnum, potem został współzałożycielem agencji VII (skupiającej się na reportażach wojennych), za swoje zdjęcia otrzymał rozliczne nagrody (w tym World Press Photo – mogą Państwo pamiętać to zdjęcie, przedstawiające ofiarę rzezi w Rwandzie: wstrząsający profil z głębokimi bliznami od maczety, obraz o plakatowej wręcz sile), a traktujący o nim film, War Photographer Christiana Frei został nominowany do Oskara.
Sam Nachtwey powiedział, że kiedyś uważał się za fotografa wojennego, ale teraz woli się określać mianem fotografa antywojennego. „Fotograf antywojenny – jak pisze Luc Sante w przedmowie do „Inferna" – stoi po stronie ofiar [...] a jego zadanie polega na patrzeniu w imieniu całej reszty świata: na stawianiu indywidualnych przypadków w miejsce statystyki, podważaniu ideologicznych usprawiedliwień ofiarami, które ponosi jednostka; wymienianiu ludzkich cech zmarłych [...] apelowaniu, ostrzeganiu, niepokojeniu krzyczeniu."
I rzeczywiście – niepokoi, ostrzega, apeluje. „Inferno" mieści dziesięć reportaży z lat dziewięćdziesiątych, począwszy od zdjęć z rumuńskich przytułków dla dzieci i domów starców (1990), przez plagi głodu w Somalii (1992), Sudanie (1993) i Zairze (1994), na wpół niewolniczą pracę indyjskich pariasów (1993), wojnę w Bośni (1993-1994), Czeczenii (1995-1996) i Rwandzie (1994) aż po konflikt w Kosowie (1999). Wszędzie Nachtwey pokazywał to, co najboleśniejsze: śmierć, choroby, skrajną nędzę, okrucieństwo, bezwzględność wojny i totalitaryzmu, bezsilność cierpiących i bezsilność świadków cierpienia.
Nie ma sensu próba opowiadania o tych fotografiach – słowa nie wyjaśnią, jakie jest źródło ich siły, dlaczego po przejrzeniu stu stron musiałem odłożyć książkę, bo nie umiałem przyjąć większej dawki patrzenia na ból, dlaczego kolejne obrazy zapadają w pamięć tak głęboko, że wracają po godzinie, dwóch, pięciu, po miesiącu, czasem po całych latach.
Ale można powiedzieć o estetyzacji – bo to ona, jak sądzę, sprawiła, że „Inferno" wydaje mi się książką tak szczególną, tak niepokojąco pociągającą. Otóż praktycznie nie zdarzają się w albumie Nachtweya zdjęcia, które nie byłyby piękne. Żywy szkielet czołgający się po klepisku, ciała martwych żołnierzy zrzucane z ciężarówki, bezzębne usta starca, nawet na wpół rozłożone, na wpół zmumifikowane zwłoki rwandyjskiej rzezi – mają w sobie piękno. A to sprawia bardzo ambiwalentne wrażenie, można bowiem argumentować, że Nachtwey używa ludzkiego cierpienia i śmierci do stworzenia pięknych obrazów, jak von Hagens czy Raimondo di Sangro, książę Sansevero, który wedle legendy miał alchemiczną sztuką przemieniać otrutych służących w posągi, którymi ozdabiał słynną kaplicę rodową. O tej ambiwalencji pisał George Szirtes w swoich wierszach do zdjęć Sebastião Salgado:
Jak piękne jest cierpienie i jakie jest smutne:
Gdy muchy znad śmietnisk łapie
Wiatr. Między konwojami pomocy humanitarnej
Snują się pijacy w dobrym świetle i brzydkim łachmanie
Nad resztkami zapałek, pyłem i gruzem. [...]
(G. Szirtes: Przedmowa do wystawy)
Tagi: FOTOGRAFIA
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

