RSS

Wywiad

Uciec od współczesności - Agnieszka Janiszewska o "Alei starych topoli" (Wydawnictwo Novae Res)

28-03-2017 | Artykuł sponsorowany

  A A A
Uciec od współczesności - Agnieszka Janiszewska o "Alei starych topoli" (Wydawnictwo Novae Res)
wyd. Novae Res

„Aleja starych topoli” to już druga powieść obyczajowa z historią w tle autorstwa Agnieszki Janiszewskiej, opublikowana przez wydawnictwo Novae Res. Opinie o pierwszym tytule, „Szepty i tajemnice”, utwierdziły ją w przekonaniu, że warto pisać dalej. Kolejny raz autorka cofa się do przełomu wieków XIX i XX, gdzie inna była ludzka mentalność i obowiązywał kodeks honorowy. Zafascynowana tamtymi czasami, z ich odmienną od współczesnej wrażliwością, przedstawia dzieje rodzin Celiowskich i Więckowskich, toczące się w ziemiańskim dworku, w przedwojennej Warszawie i w Paryżu tamtych czasów – mieście sztuki i miłości.

Jak rozpoczęła się Pani przygoda z pisaniem?

Agnieszka Janiszewska: O tym, że będę pisarką, zaczęłam marzyć w wieku jedenastu lat. Dopiero co przeczytałam „Anię z Zielonego Wzgórza”. Byłam tak zachwycona i zafascynowana opowieścią o nieładnej dziewczynce, obdarzonej bogatą wyobraźnią, że postanowiłam napisać swoją własną powieść. Pamiętam, że gdy tylko wracałam ze szkoły, natychmiast siadałam do zapisywania kolejnych zeszytów, oczywiście opatrując je ilustracjami własnej kompozycji. Moja przyjaciółka ze szkoły podstawowej robiła to samo, a potem pożyczałyśmy sobie nawzajem nasze zeszyty i poważnie dyskutowałyśmy na temat naszej twórczości. Ona po pewnym czasie zarzuciła to zajęcie, ja kontynuowałam jeszcze w szkole średniej. Marzenia o poświęceniu się pisarstwu porzuciłam jednak wraz z jej końcem. Nie wierzyłam, aby miały szanse na realizację. Kiedy kilka lat temu zaczęłam przeglądać moje stare rękopisy z czasów szkolnych, zupełnie niespodziewanie poczułam w sobie dawny entuzjazm i zrozumiałam, że chcę powrócić do tamtych marzeń i pasji. Oczywiście nie robiłam sobie wielkich nadziei, że powieść, którą zamierzam stworzyć, uda mi się wydać. Zarys fabuły miałam już w głowie od pewnego czasu, tyle że wcześniej nie wierzyłam, że zabieranie się do pisania ma jakikolwiek sens. Mimo to zaczęłam i poczułam, że niezależnie od tego, czy mi się powiedzie czy nie, chcę spróbować. Na początku nie było łatwo – minęło już tyle lat, odkąd przestałam tworzyć. Z trudem znajdowałam na to czas. Ale potem… czułam się wspaniale! Wracając z pracy nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie będę mogła zasiąść do klawiatury i znaleźć się w środku wykreowanego przez siebie świata. Oczywiście nie traktuję już poważnie mojej „twórczości” z czasów szkolnych, ale liczyło się to, że obudziła we mnie dawne pragnienia. Jak się okazało, one przed laty nie umarły, a tylko zasnęły głębokim snem.

Czy rzeczywistość wygląda podobnie do Pani nastoletnich wyobrażeń o byciu pisarzem?

W przeszłości wyobrażałam to sobie inaczej i szczerze mówiąc, nie wiem czemu. Przecież życie pisarza nigdy nie było usłane różami. Nawet ci uważani dzisiaj za wielkie postacie światowej literatury, musieli się zmagać zarówno z problemami kryzysów twórczych, jak i całkiem przyziemnymi kłopotami bytowymi. Tak naprawdę, aby osiągnąć sukces na rynku wydawniczym, trzeba włożyć w to ogrom pracy i bardzo cierpliwie czekać na efekty, na to, aby zostać zauważonym. A ja prowadzę zupełnie zwyczajne życie. Pracuję zawodowo, mam obowiązki zupełnie takie same, jak inni ludzie. Nie mogę sobie pozwolić na to, aby całymi tygodniami zajmować się tylko pisaniem. Może zresztą nie jest to takie złe rozwiązanie. Czasem nawet myślę, że te obowiązkowe zajęcia odświeżają umysł, pozwalają utrzymać konieczną równowagę. Wprawdzie dobrze oderwać się od realiów otaczającej nas rzeczywistości i schronić się przed nią w nierealnym świecie – to właśnie uwielbiam podczas pisania, ale całkowite wymazanie tej rzeczywistości z naszego życia też nie jest wskazane.

 

 

Gdzie więc w życiu Agnieszki Janiszewskiej miejsce na pisanie? Kiedy w ciągu doby znajduje Pani dla niego czas?

Pisanie to dla mnie remedium na codzienność. Tworzę wtedy mój własny świat, wyimaginowanych bohaterów, wśród których naprawdę lubię przebywać. Staram się znaleźć na to codziennie choć chwilę, bywa, że zarywam noce, ale naprawdę warto. Wyobraźnia to prawdziwy klejnot, o który warto dbać. Wraz ze zdobytą wiedzą jest jedynym bogactwem, którego nikt nam nie odbierze.

Co daje Pani pisanie?

Pamiętam siebie z dzieciństwa i to cudowne uczucie, gdy pisałam, to, że na pewien czas mogłam odsunąć od siebie różne codzienne problemy i zasiąść do kolejnego rękopisu. Gdy po wielu latach wróciłam do pisania, odkryłam w sobie te same doznania, tę samą radość, że robię to, co lubię, że wchodzę między ludzi, których sama wykreowałam. W tym towarzystwie zawsze czuję się dobrze.

Czy zawsze ma Pani wenę, czy czasem trzeba ją obłaskawiać?

Tworzenie nie jest łatwym procesem, a ja miewam chwile zwątpienia. Czasem przeżywam tak zwane zmęczenie twórcze – wiem, że to określenie może brzmi zbyt górnolotnie, ale to prawda. Na szczęście takie zwątpienie po pewnym czasie mija, choć czasem zajmuje to kilka dni. Kiedy naprawdę jest mi trudno podjąć jakąś decyzję związaną z fabułą, wychodzę na długi spacer, pozwalam odpocząć własnej głowie, cieszę się otaczającą mnie przyrodą i pozwalam działać własnej wyobraźni.

Nie zawsze można polegać tylko na wenie. Potrafi być dość kapryśna, ale chyba, mimo wszystko, jest ważniejsza niż żelazna pisarska dyscyplina. Pracowitość niewiele pomoże, jeśli brakuje pomysłu i tego niesamowitego uczucia entuzjazmu i zapału, który sprawia, że chce się jak najszybciej wygospodarować choć trochę czasu, aby usiąść do pisania, bo właśnie w głowie urodził się projekt i nie można pozwolić, aby się zmarnował.

Skąd czerpie Pani inspirację?

Pomysły rodzą się w mojej głowie niekiedy powoli i w trudzie, a czasami powstają zupełnie spontanicznie, np. podczas spaceru, gdy zobaczę coś, co mnie zachwyci - i wcale nie musi to być jakiś egzotyczny krajobraz albo dzieło sztuki. Najczęściej wystarczy łąka pełna polnych kwiatów albo widok pól zasnutych jesienną mgłą. Inspiracją jest też muzyka – słucham Chopina, Schuberta, Szostakowicza.

 

 

A rzeczywistość – czy znajduje odbicie w Pani książkach?

Nie przeniosłam wydarzeń z życia osobistego ani na karty tej ani poprzedniej powieści, w każdym razie nie dosłownie, nie bezpośrednio. Oczywiście wewnętrzne przeżycia, rozterki, refleksje moich bohaterów nie są mi obce. Tak jak wielu ludzi mam za sobą różne przeżycia, doświadczyłam różnych dylematów, musiałam dokonywać niełatwych wyborów. Powieści obyczajowe są odbiciem życia codziennego ludzi w każdej epoce, taka jest ich specyfika. Jednak fabuła moich dotychczasowych powieści jest wytworem wyobraźni.

Dlaczego tak ukochała Pani przełom XIX i XX wieku – ten czas jest obecny w obydwu Pani powieściach, debiutanckich „Szeptach i tajemnicach” i teraz w „Alei starych topoli”?

Jako historyk mam kilka ulubionych okresów dziejowych, do których w sposób szczególny zalicza się druga połowa XIX wieku i początek XX (do I wojny światowej włącznie). Lubię zajmować się tymi czasami, rozumiem je, czuję. Są bardzo plastyczne, wyraziste, idealnie nadają się na fabułę powieści. Chciałabym zainteresować czytelnika tamtą epoką, pod wieloma względami była naprawdę piękna i w pełni zasłużyła na swoją nazwę: „belle epoque”. To oczywiście nie znaczy, że nie było w niej żadnych mankamentów. Pod wieloma względami nam, ludziom współczesnym, trudno byłoby się wtedy tam odnaleźć. Niektórzy pewnie z góry odrzuciliby taką możliwość. To wszystko prawda, ale były to czasy, gdy obowiązywały pewne fundamentalne zasady, których się z reguły nie naruszało, były bowiem gwarancją jakiegoś ładu, porządku społecznego. Zdecydowana większość ludzi trzymała się zasad dobrego wychowania, właściwego zachowania się i to bez względu na to, z jakiej warstwy społecznej się wywodzili. Były to także czasy najdłuższego w dziejach historii pokoju. Owszem, wybuchały lokalne wojny, ale nie miały one wpływu na życie milionów zwykłych śmiertelników. Zmieniła to dopiero I wojna światowa.

Poza tym wszystkim życzyłabym sobie, aby czytelnik biorąc do ręki moją książkę miał okazję po prostu choć trochę odpocząć od współczesności, od otaczającej nas rzeczywistości. Aby miał okazje zanurzyć się w świecie, który już przeminął, lecz ciągle urzeka swoim czarem.

Jakie jest Pani największe pisarskie marzenie?

Właściwie już je zrealizowałam. Marzyłam o wydaniu mojej pierwszej powieści i udało mi się! Wydałam ją z wydawnictwem Novae Res i z ogromną radością śledziłam pozytywne opinie na jej temat. To oczywiście nie oznacza, że teraz przestanę się starać. Wręcz przeciwnie – cały czas pracuję nad swoim warsztatem literackim. Może napiszę kiedyś powieść historyczną? Historia jest świetną inspiracją do tworzenia interesującej fabuły.

Czego mam więc życzyć pisarce Agnieszce Janiszewskiej?

Nauczyłam się cieszyć tym, co mam. Chcę zachować to, co osiągnęłam i żyć w spokoju. Codzienność potrafi być piękna, tylko trzeba się na nią otworzyć. Wiem, że brzmi to mało odkrywczo, wręcz banalnie, ale tak właśnie jest. Oczywiście pragnę móc dalej pisać. Marzę o tym, aby mi w miarę możliwości nigdy nie zabrakło pomysłów. Proszę mi więc życzyć, aby nigdy nie opuściła mnie wena i pasja do kreowania nowych powieści. Aby zawsze były to książki na przyzwoitym poziomie, po które chętnie będą sięgali czytelnicy.

oceń
0
0
Podziel się

Opinie

Ocena: 0 [2]
~rozsadny [2017-04-06 17:18]

W sumie to dobrze żeby autorka trafiła do tego okresu jako córka chłopa lub robotnika z fabryki. Może wtedy przestałaby pisać głupoty.

odpowiedz