Felieton

Po raz setny, czyli o żonie, kochance i przelotnych romansach

06-09-2011 Książki WP

  A A A
Po raz setny, czyli o żonie, kochance i przelotnych romansach
sxc.hu

            Jako osoba uporządkowana, trzymam wszystkie felietony dla Wirtualnej Polski w osobnym folderze i sumiennie je numeruję, dzięki czemu wiem, że piszę właśnie felieton nr 100. Oczywiście, cała wrzawa wokół „okrągłych rocznic”, jubileuszów, itp. wynika tylko z przyjęcia systemu dziesiętnego, jest zatem całkowicie uznaniowa – gdybyśmy używali innych systemów, to inne rocznice byłyby okrągłe – ale zakorzeniona przecież tak głęboko w naszym myśleniu, że nie umiałem się powstrzymać przed skomentowaniem tej setki.

            Bo sto znaczy „dużo”. Kiedy dziecko uczy się liczb, przez jakiś czas „sto” to dla niego „niepoliczalne mnóstwo”, jak potem „tysiąc”, „milion”, „kwadrylion kwadrylionów”. Sto pociech. Tysięczne kłopoty. Miriady gwiazd. Dużo. Sto felietonów to, biorąc pod uwagę częstotliwość (dwa miesięcznie), ponad cztery lata siedzenia nad tekstami o książkach - „siedzenia”, bo pisanie to przede wszystkim siedzenie właśnie; mięsień pisarski nie mieści się w okolicach dłoni, ale tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Pisałem tu o tomikach poezji, albumach fotografii, powieściach i esejach, a nawet ulotkach i prospektach reklamowych; o książkach polskich i tłumaczonych na polski, a także na polski nietłumaczonych, o nowościach i starych szpargałach, o literaturze w necie i literaturze na festiwalach, o pisaniu i przekładaniu, o lekturach dzieciństwa i lekturach chorobowych, o pisarzach genialnych i sztandarowych grafomanach; były wreszcie i te felietony, które są właściwie recenzjami: zapisem rozmaitych czytelniczych fascynacji, wzruszeń, irytacji; czytelniczych właśnie, nie krytycznych, bowiem jak pisałem w pierwszym z tych tekstów, nie jestem krytykiem literackim i nigdy nim, jak sądzę, nie będę; uważam jednak, że jedną z czytelniczych frajd jest dzielenie się z innymi tym, co nas zachwyciło.

            Dziwna sprawa z takim pisaniem co dwa tygodnie, w równych odstępach: czasem temat znalazł się już dawno i tylko czeka na zapisanie, kiedy indziej zapadam na okresowo powracającą chorobę, znaną jako „szukanie tematu” – o tyle ciekawą, że, jeśli występuje w formach ekstremalnych, cierpi na nią nie tylko sam felietonista, ale i jego bliscy. Tylko życzliwości działu „Książki” zawdzięczam, że mogę od czasu do czasu pozwolić sobie na opóźnienie; w papierowych wydaniach to po prostu niemożliwe. W ogóle: felieton do internetu a felieton do gazety to dwie różne bajki. Papier jest cierpliwy, ale internet jest cierpliwszy: tutaj nie muszę zmieścić się w tylu a tylu znakach. Fraza swobodniej może się rozlewać; to, co zapowiadało się na stronę, może mieć i cztery strony, niebo mi z tego powodu na głowę nie spadnie. W ogóle rozmaite są związki z miejscami, w których się publikuje (a zatem i z właściwym im czytelnikami).

            Są felietoniści stali, monogamiczni, którzy piszą tylko dla jednej redakcji; najwyżej po dziesięciu latach biorą rozwód i przechodzą do innego pisma, co przecież monogamistom zdarza się i w życiu uczuciowym. Są także otwarci bigamiści, którzy regularnie publikują w dwóch miejscach, są wreszcie donżuani, którzy nigdzie łamów nie zagrzeją, tylko skaczą ze szpalty na szpaltę. Ja pod tym względem jestem wyznawcą XIX-wiecznego trybu życia: owszem, mam stałą żonę (Wirtualną Polskę), z którą związałem się przed czterema laty, mam bardzo atrakcyjną kochankę („Politykę”), która jednak, jeśli pozostawać przy XIX-wiecznym porównaniu, jest balzakowską kurtyzaną, gości bowiem na swych łamach kilku zacnych starych wyjadaczy i całą gromadkę młodzieży w dziale „Kawiarnia literacka”, jestem zatem tylko jednym z wielu, a i to nie z tych najpocześniejszych. A od czasu do czasu to tu, to tam trafi się jakaś urocza okazja na boku: czy to papierowa, czy internetowa, zasadniczo: one night stand. Co pozwoliło mi poznać specyfikę rozmaitego typu publikacji.

            Felietony jednorazowe zazwyczaj zamawiane są na konkretny temat; to coś jak randka z fetyszystą czy fetyszystką: „Proszę napisać o szczęściu” „...o przestrzeni” czy „...o ulubionej potrawie”, oczywiście z zastrzeżeniem: „ma pan pełną dowolność”. Ale wiadomo, że fetyszyści żadnej dowolności nie tolerują. Ma być tak, nie siak. But taki, maska taka, myziaj mnie w tę stronę, nie w tamtą, a piórko ma być koniecznie pawie, a nie srocze, bo wtedy nie mam orgazmu. To trudne i nie zawsze można sprostać oczekiwaniom. Acz, z drugiej strony: zawsze ma się ostatecznie jakąś frajdę ze spełniania cudzych fantazji.

            Ze stałą kochanką można o tym i o owym. Eksperymentować, poznawać granice. Dlatego na łamach „Polityki” piszę to o flatulistach, to o hałaśliwej publiczności festiwalu muzyki dawnej, to o pewnym zabawnym homofobie, to o podróżach w ponure rejony cesarsko-królewskiej monarchii; kochanka jednak jest wybredna, trzeba ją przy sobie utrzymać świecidełkami; należy mówić krótko (szpalta to szpalta, więcej niż sześć tysięcy znaków na stronę nie wejdzie), efektownie, nie wdawać się w zawiłe dygresje. W dodatku ma tylu galantów, że można się do jej buduaru dopchać najwyżej raz na miesiąc.

            I wreszcie jest żona (czy też mąż, co kto lubi): dział „Książki” Wirtualnej Polski – z nią widuję się najczęściej, mam nawet swój własny pokoik (kiedyś dzieliłem go z drugim mężem mojej drogiej bigamistki, Jackiem Dukajem, ale jakoś go od dawna nie widziałem). Tutaj mam trzymać ściśle ustalonej tematyki, zawsze musi być o szeroko pojętych książkach – choć mogę sobie pozwolić na pewne urozmaicenia; to proza, to poezja, to pisarze, to dzieje jakiegoś rękopisu... ostatecznie: każde udane małżeństwo daje sobie jakiś margines swobody, jakiś wentyl bezpieczeństwa. Bywa, że się spóźniam, bywa, że gadam, gadam, gadam i rozgaduję się na dwanaście tysięcy znaków (a to, proszę mi wierzyć, bardzo dużo).

            Kiedy wreszcie skończę pisać, zachodzę w głowę, co by tu można jeszcze o książkach powiedzieć? Chyba nic. A jednak, jak przyjdzie co do czego, przynoszę co trzeba – może nie od razu pierwszego, razem z wypłatą, ale przynoszę. Bo jednak – co też częste w udanych małżeństwach – mamy z żoną wspólną pasję, jaką jest literatura: ta dziwna, mieszcząca się pomiędzy pisarzem a czytelnikiem, niezgłębiona rzecz (w obu słowa tego znaczeniach: przedmiotu i mowy). O niej można mówić bez końca.  



Tagi: dehnel, felieton, felietony, Jacek Dehnel, pisanie

oceń
7
18
Podziel się

Opinie

Ocena: +2 [6]
~wrzaskciszy [2011-09-18 09:24]

Nie zgadzam się z Państwa wypowiedziami. Felieton miał w zamyśle być chyba felietonem o felietonie. Jeśli ktoś nie znając twórczości Pana Dehnela, po jednym jego felietonie twierdzi, że jest fatalny, ten popełnia wielki błąd.

odpowiedz

Ocena: 0 [2]
miqn [2011-09-14 09:18]

Felieton faktycznie nie jest najbardziej odkrywczy, generalnie nie jestem zwolennikiem takiego pisania o pisaniu. No i kłóciłbym się, czy faktycznie pisanie to przede wszystkim siedzenie, raczej myślenie, ale oczywiście celowość tego zabiegu jest tutaj jak najbardziej uzasadniona. Brakuje też tutaj puenty, pewnie dlatego felieton nie jest tak pozytywnie odebrany. Trochę za "tania" ta refleksja na koniec, żeby faktycznie usiąść i myśleć o literaturze. Nie mniej życzę kolejnych stu felietonów (i więcej), co najmniej tak samo ciekawych jak poprzednie (następne? Przepraszam, ale dopiero dziś "odkryłem" te felietony i chyba nie czytałem po kolei.)

odpowiedz

Ocena: -1 [3]
~przechodzien [2011-09-12 07:46]

Zacznij lepiej pisac na murach - bedzie kolorowiej

odpowiedz

Ocena: +3 [5]
~czytelnik [2011-09-11 18:42]

Były to 4 lata monstrualnej nudy i "odkrywczych" myśli w stylu: "wrzawa wokół „okrągłych rocznic”, jubileuszów, wynika tylko z przyjęcia systemu dziesiętnego, jest zatem całkowicie uznaniowa – gdybyśmy używali innych systemów, to inne rocznice byłyby okrągłe". Niebywałe wręcz spostrzeżenie! Następnych lat życzę nie tu. Tu wolałbym z powrotem Jacka Dukaja

odpowiedz

Ocena: +5 [5]
~Polihistor [2011-09-11 15:01]

O rety, o rety! O czym to było? Trudno powiedzieć, ale w każdym razie brzmi dość przeraźliwie. A już na pewno bardzo narcystycznie. Felieton (?) przeczytałem przypadkowo, i nie wiem, kim jest Jacek Dehnel, ani nie zamierzam tego ustalać. Treść, i okoliczność, że autor pisuje do "Polityki" wystarczają mi, by pozbyć się tej chęci także na przyszłość. Pa, Panie Jacku!

odpowiedz

Szukaj w serwisie

Zakupy

O firmie| Dla prasy| Reklama| Biznes z WP| Skontaktuj się z WP| Praca| Prywatność| Polityka antyspamowa| Regulamin
Zobacz wszystkie serwisy| RSS
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska