
16-06-2011 Książki WP

Wyobraź sobie, drogi Czytelniku lub droga Czytelniczko, że mieszkasz w niewielkim, idyllicznym miasteczku, w otoczonym ogródkiem i trawnikami białym domku z garażem... Oto siedzisz na kanapie w salonie z tapetą w róże i nagle zza wzorzystej firanki zauważasz ogromną grupę zaaferowanych fachowców, którzy zaczynają rozkładać na sąsiednich posesjach jakieś kable, manele, graty... Ustawiają reflektory, układają przedziwną scenografię (na przykład wielometrowy obelisk z polnych kwiatów czy termitiery z kromek chleba, otoczone przez stado wypchanych ptaków), po czym – tego tylko brakowało – mówią: a tutaj zaraz wzniecimy pożar. I wzniecają. A wszystko po to, żeby jakiś facet, jeden z całego tłumu, pstryknął zdjęcie. Zresztą, nie własnoręcznie – ma od tego ludzi.
O ile nie jesteś mieszkańcem jakiejś dziury w Massachusetts – Pitsfield czy North Adams, szanse na to są raczej niewielkie. Jeżeli zaś tak się składa, że akurat nim jesteś, to doskonale wiesz, że autor zamieszania to Gregory Crewdson, prawdopodobnie znasz go od lat (podobnie jak zna go miejscowa policja, straż pożarna i burmistrz) i zupełnie nie przejmujesz się całym tym zamieszaniem, jest ono bowiem stałym elementem kulturalnego krajobrazu okolicy. Może nawet wyjmiesz z półki DVD z „Sześcioma stopami pod ziemią” i zaniesiesz mu z prośbą o autograf (bo słynne zdjęcie rodziny Fisherów, w milczeniu siedzących za kuchennym stołem i otoczonych całą rzeką kwiatów, to jedno z jego najpopularniejszych dzieł – choć, jak się zdaje, nienajwybitniejsze).
Gdyby przyjąć, że archetypicznym fotografem jest ktoś zamknięty w małym pokoiku, gdzie, w ciszy i samotności, studiuje światło kładące się na lipowym listku albo przenikające przez stojącą na parapecie szklankę wody, po czym własnoręcznie robi zdjęcie i własnoręcznie je wywołuje, Crewdson jest na antypodach tego stereotypu; to właściwie nie fotograf, a reżyser zdjęcia, który nadzoruje – osobiście i pośrednio, przez asystentów, pomocników, współproducentów – całą rzeszę ludzi, ustawiających i obsługujących szeroko zakrojony plan zdjęciowy. Ba, nigdy nawet nie trzyma w ręku aparatu; zdjęcie jest raczej „kręcone” – to sekwencja kolejnych fotografii, ze zmianami ustawionego i naturalnego światła, głębi ostrości, i tak dalej, z których w postprodukcji autor wybiera najbardziej udane fragmenty i łączy w jedną, możliwie nieskazitelną całość. Jak mówi, zależy mu na tym, żeby uczynić obraz możliwie transparentnym: ukryć ziarno, skazy, wszystko, co daje widzowi wrażenie obcowania z fotografią, a nie bezpośrednio z ukazanym na niej światem.
Albumy Crewdsona opatrzone są, jak film, napisami końcowymi: kilka stron nazwisk osób, które budowały scenografię, dostarczyły wyposażenia łazienek, sprowadziły motyle, wypchane zwierzęta, kwiaty, obsługiwały światło, efekty pirotechniczne, i tak dalej, i tak dalej. Bowiem zrealizowanie tych projektów nie byłoby możliwe w inny sposób: zamykanie całych ulic miasteczka, wznoszenie potężnych dekoracji (w których wykonywane jest niekiedy od razu kilka rozmaitych zdjęć), wielogodzinna, drobiazgowa praca nad ustawianiem idealnego kadru – począwszy od wybrania miejsca a na ostatnich fazach postprodukcji kończąc – jest przedsięwzięciem na miarę niejednego kameralnego filmu.
Tagi: dehnel, felieton, felietony, Gregory Crewdson, Jacek Dehnel, Massachusetts, twilight
"Nie" z przymiotnikami w stopniu wyższym i najwyższym należy pisać oddzielnie.

