Felieton

Pan H. A. i słońce, czyli bańki w kubie

26-03-2010 Książki WP

  A A A
Pisałem już tu kiedyś o tajemniczych powinowactwach pomiędzy tekstami, o towarzyszących czytaniu i pisaniu zbiegach okoliczności – i oto ledwie parę dni po skoczeniu felietonu o broszurce sklepu Juljana Drehera i parę dni przed wyjazdem do Wilna, natknąłem się w nieocenionym warszawskim „Logosie” na inną broszurkę o długim i frapującym tytule: Słońce nie jest ogniskiem a planetą zimną zamieszkałą. Odczyt Wilnianina H. A. o ruchu ziemi, biegunach i słońcu, wydaną osiemdziesiąt lat temu w Wilnie (drukarnia „Lux”, ul. Portowa 7. Telefon 203). I oto jestem po raz pierwszy w życiu w stolicy Litwy, siedzę w nowo otwartej czekoladziarni przy ulicy Zamkowej (prowadzącej do odbudowywanego zamku, już raz podniesionego z ruin przez Zygmunta III Wazę) i, wyciągnąwszy nogi wzdłuż kaloryfera (w Wilnie nie praktykuje się odśnieżania i wszystkie ulice starego miasta toną w odwilżowej brei, która wsącza się do butów) zaczytuję się wywodami pana H. A., wygrzebanymi w antykwariacie w Alejach Ujazdowskich (niedaleki Zamek Ujazdowski wzniósł ten sam Zygmunt III Waza w tym samym 1624 roku, w którym zlecił przebudowę Zamku Dolnego w Wilnie; wszystko się ze sobą łączy, nieprawdaż?).

Dziś nie wiadomo już – choć dałoby się to może sprawdzić w wileńskich gazetach z października 1930 roku – ani jak brzmiało pełne imię i nazwisko prelegenta, ani gdzie wygłaszał swoje śmiałe tezy; z pewnością uznał je jednak za godne nie tylko wygłoszenia, ale i opublikowania – choć, dodajmy, nieśmiało, za parawanikiem inicjałów. Trudno powiedzieć, jaki miał zawód, jakie wykształcenie – choć, zakładam, nie było to wykształcenie ścisłe, bo rozczulająca niewiedza pana H. A. świadczy, że nie miał zielonego pojęcia o chemii i fizyce. Najchętniej widziałbym go jako kogoś, komu nigdy nie było dane skończyć szkół, ale kto jednak miał w sobie nieuleczalną skłonność do „mędrkowania” – bo takim pogardliwym słowem ludzie pyszni i zadufani w sobie nazywają pęd do wiedzy i ciekawość świata u tych, którymi gardzą. Ale może wcale nie był łaknącym wiedzy pomocnikiem szewskim czy piaskarzem, może dobrze mu się powodziło, a wykład wygłosił, bo miał po prostu niepoukładane w głowie? Któż to będzie wiedział po tylu latach?

Czytam tekst i próbuję zrekonstruować pana H. A. i jego wizję świata tak, jak specjalista od medycyny sądowej rekonstruuje twarz na znalezionej czaszce, na twardym kośćcu. Co wiemy o denacie? Biorąc za podstawę tak częste dzisiaj wyprawy do biegunów ziemi naszej – zaczyna, tak to sobie wyobrażam, głosem pewnym, choć może jednak odrobinę drżącym z wrażenia – uważam za wskazane wyrazić swój pogląd, co do pewnych zagadnień wszechświata, a w szczególności dotyczących ziemi, jako planety przez nas zamieszkałej. Pewnie śledził w prasie wydarzenia ostatnich dwóch dekad. Mamy rok 1930; dwa lata wcześniej zaginął Amundsen – jego ciała nie znaleziono zresztą po dziś dzień – który na siedemnaście lat przed śmiercią, 14. grudnia 1911 roku, jako pierwszy dotarł do bieguna południowego; pechowy Robert Scott dotarł tam tuż po nim i zmarł w drodze powrotnej z zimna, a może i ze zgryzoty, pod koniec marca 1912 roku; biegun północny zdobył Robert Peary 7 kwietnia 1909 roku), wszystko to były wówczas wydarzenia tak świeże, jak dla nas rozpad Jugosławii czy zjednoczenie Niemiec. Upadały ostatnie bastiony ziemi; ostatnie białe plamy – i to rzeczywiście białe, bo pokryte skorupą lodu i śniegu – kurczyły się bezpowrotnie. Jeśli cokolwiek pozostawało prawdziwym odkrywcom, mieściło się poza tą niewielką, opisaną i schodzoną w całości wzdłuż i wszerz planetą, zwracali więc uwagę ku kosmosowi.

W najodleglejszym nawet zakątku świata nikt już dzisiaj nie wątpi, że ziemia nasza jest ruchomą i okrągłą – obwieszcza pan H. A., w czym się myli, i to sromotnie; do dziś w nieodległych nawet zakątkach świata niektórzy wierzą w ziemię płaską, w ziemię pustą w środku, a niekiedy nawet w ziemię, którą zamieszkujemy od środka i patrzymy na słońce, umieszczone dokładnie w środku pustej sfery – ale czemu tak jest to nauka to przemilcza i niewyświetla tego. A dalej z zapałem tłumaczy, że kula to bryła doskonała, i że dowiódł tego doświadczalnie, dmuchając bańki mydlane a te zawsze wychodziły okrągłemi, o bardzo prawidłowym cyrklu i wypukłości, tak, że żaden tokarz i odlewnik bardziej prawidłowego okręgu uczynićby nie potrafił.

I tu pojawia się H. A. jako eksperymentator. Ledwie od ziemi odrósł, zajął się nauką doświadczalną: w młodzieńczych swych latach przeprowadzałem jakby studja nad bańką mydlaną dążąc nadać bańce inną formę, niekulistą, a cylindryczna, w kubie, w kwadracie […] czyniłem u słomki różne zagięcia i załamywania łapek w różne strony i figury, bańka jednak wychodziła zawsze tylko okrągłą – zwierza się z przebiegu swego projektu badawczego. Bańka w kubie nie powstała. Wszechświat skazany jest na idealne kule, czego dowiódł niezbicie bańkodmuch H. A., wilnianin.


Tagi: dehnel, felieton

oceń
6
6
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

Szukaj w serwisie

Zakupy

O firmie| Dla prasy| Reklama| Biznes z WP| Skontaktuj się z WP| Praca| Prywatność| Polityka antyspamowa| Regulamin
Zobacz wszystkie serwisy| RSS
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska