
17-08-2011 Książki WP

W internecie, jak wiadomo, jest wszystko – są więc i portale walczące z masturbacją. Jak choćby ten (pod kazirodczym nieco adresem www.masturbacja.brat.pl), gdzie na głównej stronie możemy przeczytać dwuznacznie brzmiące nagłówki działów i listów do redakcji, na przykład „Potraktowałem siebie krótko”, „Nie ładuj się w ten grzech”, „Praktyczne wskazówki” czy (mój absolutny faworyt) „Jezus podaje dłoń”. Inny portal prowadzi „dzienniczki czystości”, gdzie użytkownicy pragnący „zerwać z niszczącym nałogiem” z lubością rozpisują się o kolejnych „upadkach” w atmosferze niezdrowej fascynacji.
Nie jest to, oczywiście, histeria nowa, ale, wbrew pozorom, nie jest też zbyt stara. Thomas Laqueur w kompetentnej – acz nieco nudnawej – książce Samotny seks. Kulturowa historia masturbacji wykazuje bowiem, że do wieku XVIII masturbacja bywała wprawdzie raz to wyśmiewana, innym razem ignorowana, jeszcze kiedy indziej gromiona z powodów religijnych, jednak niepotępiana przez medycynę (ba, zalecana nawet jako lekarstwo w niektórych dolegliwościach, choćby przez Galena). Dopiero w 1712 roku, wraz z publikacją anonimowo wydanej Onanii, bestselleru swojej epoki i epok późniejszych, została uznana za chorobę, która musi się nieodwołalnie zakończyć śmiercią pacjenta.
W rzeczywistości nie był to, rzecz jasna, produkt rzetelnych badań ani wiedzy medycznej (jak mówi znany dowcip: „sondaże pokazały, że 90% mężczyzn przyznaje, że się masturbuje; 10% się nie przyznaje” – zatem już dawno byśmy wymarli jako gatunek), ale dość cwana próba wyrwania pieniędzy od czytelników, przypominająca nieco dzisiejsze telezakupy: egzemplarze dystrybuowano na wielką skalę wraz ze „sprzedawanym po cenach kosztów” medykamentem, który przynosił handlarzom krociowe zyski. Żeby było jednak ciekawiej, pojawili się i prawdziwi lekarze, którzy służąc danymi z własnej praktyki, poparli autora Onanii, zwłaszcza szwajcarski medyk z Lozanny, doktor Tissot. Czy powodowała nimi religijna mania, czy niewłaściwe diagnozy, czy wreszcie wola zbijania kapitału – trudno dziś powiedzieć. Tak czy owak, całe pokolenia Europejczyków żyły w panicznym strachu przed niewinną doprawdy czynnością.
Teraz trafiają do naszych rąk (wielce muszę uważać w tym felietonie z takimi sformułowaniami) Niebezpieczeństwa onanizmu. Listy i porady dotyczące chorób nim wywołanych. Dzieło przydatne Ojcom Rodzin oraz Wychowawcom, przeuroczo, jak zwykle, spolszczone przez Krzysztofa Rutkowskiego. Jako miłośnik dawnych książek medycznych i pseudomedycznych, a także pracy tego tłumacza, nie mogłem się, oczywiście, powstrzymać przed zaciśnięciem chciwej dłoni na takim skarbie.
Wydane w roku 1825 w Paryżu przez niejakiego J.-L. Doussin-Dubreuila, dość utytułowanego francuskiego lekarza, w niemal sto lat po Onanii i pół wieku po rewelacjach Tissota (obficie tu zresztą cytowanego), Niebezpieczeństwa onanizmu ułożone są w formie listów, pisanych przez doświadczonego lekarza do pewnego młodzieńca, pragnącego walczyć ze swym nałogiem. Mają dziś takie mniej więcej znaczenie naukowe, jak Nowe Ateny ks. Chmielowskiego, służą więc raczej rozrywce – podobnie jak wydana niedawno w tej samej serii Sztuka pierdzenia – a tłumacz z całą premedytacją, nie oszczędzając przepony i mięśni śmiechowych czytelników, przekłada je właśnie na sposób humorystyczny, osiągając szczyty pomysłowości w nazywaniu rzeczy po imieniu.
I tak mamy tu nie onanistów i masturbantów, ale i samozwilżycieli oraz spuszczalskich młodzieńców, uprawiających haniebne nadwerężenia, nikczemne rękodzieło, nieszczęsny proceder, samotniczy libertynizm, przeklęte ruchadełko, samozniszczanie, zgubną trzepaninę, zamierzone wytrzęsienie, spusty dobrowolne, rękoczynności, haniebną ruchawkę, a poza tym i takie perełki medycznych określeń, jak nerwowa targanina, oczy zapluszczone, wapory, wypoczwarzenia, świerzbiączka wewnętrzna i mimowolna czy głupawka absolutna.
Niebezpieczeństwa onanizmu roją się też od przyjemnych dwuznaczności: Pojechałem do Brukseli, gdzie poczułem się lepiej, aż nadeszła biegunka, która znowu osłabiła mnie mocno. Podejrzewam, że dostałem biegunki po zjedzeniu lodów, w każdym razie złapała mnie tuż po lizaniu. Czy też: mogłem chodzić z trudnością, na kiju się wspierając. […] Cierpienia moje zaczęły się w październiku, a przez całą wiosnę nie mogłem obejść się bez kija. Złośliwość przekładźcy nie ma tu granic w poczynaniu sobie na tekście oryginału.
Tagi: felieton, felietony, Jacek Dehnel, masturbacja, terytoria
Osobiście felieton mnie wyjątkowo rozbawił (chyba nawet bardziej niż ten o "socrealistycznej twórczości Gadowskiego"), cytaty dobrane idealnie, żeby komponowały się w sympatycznie ironiczną całość. Faktycznie książka musi być źródłem wielu interesujących cytatów i anegdot. Nie wspominając nawet o arcyciekawej terminologii (chyba "samotniczy libertynizm" jest moim faworytem). Podoba mi się też zabawna puenta, pozostawiająca bardzo pozytywne wrażenie po lekturze. Generalnie co do zasady felietony p. Dehnela są ciekawe, zabawne i zawierają bardzo trafne spostrzeżenia.
A mnie ten felieton po prostu rozbawił, nie ma co się oburzać, obłudnicy...:)

