
11-10-2011 Książki WP

Moje babcie nie lubiły gotować (o dziadkach nawet nie wspominam): jedna, kiedy mąż był w rejsie, posyłała podobno syna codziennie do restauracji, druga mawiała, że powinna mieć żonę do gotowania i sprzątania; jej flagowym letnim daniem były „pierogi à la Karpińska”, czyli makaron polany ugotowanymi w osobnym garnuszku jagodami. „Smakuje tak samo, a różnica w nakładach pracy ogromna!” – mówiła z zadowoleniem. Owszem, każda z nich miała swoje specjalności: ta po mieczu naprawdę rewelacyjną szarlotkę i wigilijnego karpia w galarecie, faszerowanego drugim karpiem, ta po kądzieli – indyka w maladze na zimno i nadziewanego wątróbkami i migdałami na gorąco; ale jeśli pominąć te świąteczne wyjątki, nie pochodzę z rodziny, gdzie w kredensie trzymało by się stosy przepisów, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dopiero moi rodzice otworzyli się bardziej na jedzenie rozumiane jako przyjemność, a nie tylko smutną konieczność zaspokojenia głodu, ale i oni – jak reszta ich pokolenia – przeszli tę metamorfozę głównie już po przełomie 1989 roku, po całkowitej przemianie polskich sklepów i jadłospisów.
Moje dzieciństwo pod względem kulinarnym przebiegało – jak zresztą chyba dzieciństwo wszystkich moich rówieśników – raczej w modelu „jak w obliczu braków towarowych dostarczyć dziecku potrzebnych witamin i mikroelementów?” niż „to co dziś zrobimy, bakłażana w sosie teriyaki czy caponatę?”. To też kwestia pokoleniowa, cała ta mizeria (nomen omen) ówczesna: raz od wielkiego dzwonu wyjazdy „do chłopa”, od którego z łamaniem obowiązującego w PRLu prawa wiozło się „pół cielaka”, wystana w kolejkach zamrażarka, gdzie to „pół cielaka” leżało, poporcjowane, i czekało na swoją obiadową kolej; pracowniczy ogródek działkowy, źródło porzeczek, malin, ałycz, papierówek, z których robiło się soki i wekowane kompoty, niezliczone dżemy i galaretki (w połowie zjadane i wypijane przez całą zimę, a w połowie porzucane w piwnicy, za rzędami następnych słoików, na pastwę pleśni). Makaron traktowany nie jako osobne danie, pasta z odpowiednim sosem, tylko jako to-co-pływa-w-zupie lub to-co-leży-obok-mięsa, polany roztopionym masłem zamiennik ryżu czy ziemniaków. Kalmary: chińskie niejadalne paskudztwo, którym karmiło się koty. Oliwki: poruszający powiew zachodu.
Myślałem o tym wszystkim czytając fascynujący Stół, jaki jest Wojciecha Nowickiego. Tak, tegoż samego, który sprawił mi taką frajdę swoim Dnem oka (nawiasem mówiąc: moim faworytem do tegorocznej nagrody Nike; dodam, że moi faworyci na ogół przegrywają wyścig; ostatni raz trzymałem tak kciuki za książkę eseistyczną chyba przy okazji Sztuki fugi Riegera o Gouldzie – i też przepadła). Na ogół unikam pisania o kolejnych dziełach tego samego autora, ale tym razem są to książki zupełnie inne: Dno oka subtelne, czułe, uduchowione, Stół… nieco prześmiewczy i zdecydowanie cielesny. Choć przecież w obu dostrzec można podobną wrażliwość autora, skłonność do skupiania się na drobnych szczegółach w drugim, trzecim planie. I feblik do historii w jej kameralnym wydaniu.
Stół, jaki jest z podtytułem Wokół kuchni w Polsce to właśnie historia przemian w naszym stosunku do jedzenia w przeciągu ostatnich dwóch dekad, z licznymi podróżami w dalszą jeszcze przeszłość. Już ten podtytuł jest znaczący, bowiem Nowicki dość przekonująco pokazuje, że zbitka „kuchnia polska” jest dość niepewnym i wieloznacznym terminem, stąd też pisze raczej o „kuchni w Polsce”: o tym, dlaczego jemy pizze i kebaby, czy nasza chińszczyzna jest naprawdę chińska, a kuchnia włoska – naprawdę włoska, o groteskowości instytucji współczesnej „karczmy” i upoetyzowanych menu (gdzie nie tylko przywołany przez autora „kotlet de wole” czy wszelkie „swojskości” w rodzaju „cycka z kuraka” zamiast filetu z kurzej piersi, ale i słynne „Denmark from chicken”, czyli „dania z kurczaka”).
Tagi: kuchnia, kuchnia polska, kuchnia w polsce, stół, jaki jest, wojciech nowicki

