
13-12-2011 | Grzegorz Wysocki / Książki WP

Grzegorz Wysocki: Rozmawiamy przy okazji kolejnego spotkania promującego Waszą bestsellerową książkę Gaumardżos! Opowieści z Gruzji. No to co, zaczynamy od pytania: „Dlaczego Gruzja i jak to wszystko się zaczęło”?
Marcin Meller: O, nie! (śmiech)
Anna Dziewit-Meller: To nie jest takie trudne, żeby zafascynować się Gruzją. Zwłaszcza jeśli ma się takie ciągoty do wyjazdów raczej na Wschód niż na Zachód, a to, jak się okazało, nas obydwoje łączy i zawsze woleliśmy wakacje po tej właśnie stronie Europy. W wypadku Marcina historia jest oczywiście dość długa, bo dwudziestoletnia, w moim wypadku zaledwie pięcioletnia, chociaż to też już nie jest tak mało.
Każdy z nas przyjechawszy tam po raz pierwszy, natychmiast przeżył totalne oczarowanie, które, wydaje mi się, zdarza się mniej więcej 80 procentom ludzi, którzy tam przyjeżdżają. Tyle, że my pociągnęliśmy to dalej. Postanowiliśmy tam wciąż i wciąż wracać. Dziś lecimy do Tbilisi już jak do miejsca, które stało się naszym drugim domem, gdzie są przyjaciele i bliskie miejsca. Nie są to już dla nas w żadnym razie wyjazdy turystyczne.
Marcin Meller: Gruzja jest takim krajem, gdzie ekstremalnie łatwo poznać nowych ludzi, jak naprawdę chyba w żadnym innym kraju na świecie. Przedwczoraj wróciłem z Gruzji, gdzie spotkałem cztery studentki z Gdańska, które trzy tygodnie jeździły po Gruzji i im przytrafiały się dokładnie takie same historie jak nam pięć lat temu, nie mówiąc o tym, że gdzieś przypadkiem trafiły na kogoś, kogo my opisujemy w naszej książce itd. To się ciągle zdarza. Gruzja jest też takim krajem, że tak naprawdę wystarczy poznać jedną rodzinę i potem to już jest taki łańcuszek, może nie świętego Antoniego, ale…
Anna Dziewit-Meller: …przekazywanie z rąk do rąk.
Grzegorz Wysocki: I nagle okazuje się, że znacie już połowę mieszkańców Gruzji?
Marcin Meller: Tak. A z kolei poznać tę pierwszą rodzinę to też jest banalnie prosta sprawa. Ania wspominała, że już prawie 20 lat temu byłem w Gruzji pierwszy raz. To był 1992 rok, jako reporter „Polityki” pojechałem na Kaukaz i wtedy trafiłem po raz pierwszy do Gruzji. Naprawdę paskudny czas, jedna wojna domowa, za chwilę druga, gangi rządzące Tbilisi i w sumie całą Gruzją. A mimo to było właśnie coś w tej atmosferze, w ludziach, w spotkaniach, że po prostu chciałem tam wrócić. Zajęło mi to wiele lat, bo potem ciągnęły mnie w świat różne historie, blisko dwa lata w sumie podróżowałem po Afryce. Ale Gruzja ciągnęła do siebie.
I wracając po latach nie rozczarowałem się. I znowu byłem zachwycony niesamowitym zróżnicowaniem tego małego przecież kraju. Przepiękne góry, intrygująca architektura, fascynująca stolica, czyli Tbilisi, jedzenie, wino, absurdalne poczucie humoru, no i jego nosiciele, czyli ludzie, niezwykle gościnni, jak chyba w żadnym innym zakątku świata.
Anna Dziewit-Meller: Myślę, że ważnym aspektem jest też fakt, że Gruzję trzeba zwiedzać właściwie na własną rękę. Trzeba zawsze zadać sobie trochę trudu. To nie jest taka łatwa turystyka, że mamy wszystko podane na tacy w opcji all inclusive, bo właściwie nie ma takich wycieczek, a jeśli są jakieś organizowane to niestety bywają dość drogie itd. Więc trzeba włożyć trochę pracy, przynajmniej za pierwszym razem, w to, żeby się tam odnaleźć, żeby dużo zobaczyć, a, wiadomo, to też jakoś na człowieka działa - tyle już zrobiłem, by się przygotować do tej wyprawy, tyle czytałem, tyle siedziałem w necie na forach podróżniczych, więc jest mi bliżej do tego miejsca, więcej o nim wiem niż w wypadku wyjazdu z biurem podróży do Tunezji.
Gruzja jest krajem małym, ale bardzo zróżnicowanym geograficznie, kulturowo, a nawet klimatycznie. Byliśmy tam niezliczoną ilość razy i nadal nie zobaczyliśmy wszystkiego, wciąż czekają na nas miejsca do odkrycia. W Gruzji cudowna jest obecność kultury ludowej na niemal każdym kroku, bo Gruzini w przeciwieństwie do nas nie wstydzą się tego, z jakiej wsi pochodzą, a znajomość lokalnego folkloru to sprawa oczywista i obowiązkowa, zarówno na wsiach jak i wśród tbiliskiej inteligencji i klasy średniej. Tego im ogromnie zazdroszczę.
Grzegorz Wysocki: A czy Wasza fascynacja dotyczy tylko i wyłącznie Gruzji, czy również innych kaukaskich republik?
Marcin Meller: Pomijając czysto dziennikarski pobyt w Czeczenii i Inguszetii, byłem nieraz w Azerbejdżanie i Armenii. I tam też jest fajnie, tez spotkałem fajnych ludzi itd. Ale w tamtych krajach byłem po dwa, trzy razy, a w Gruzji byłem dwadzieścia razy. Jeśli ktoś mi mówi, że jedzie na dwa tygodnie i chce obskoczyć Armenię, Gruzję i Azerbejdżan, to ja mówię: „Weź sobie daj te dwa tygodnie na Gruzję, następnym razem pojedziesz do Armenii i Azerbejdżanu”. Już nie raz słyszałem od kogoś, kto wrócił, że próbował zwiedzić Gruzję z innym krajem, i na przykład Gruzję miał na końcu, i potem mówił: „Kurde, czemu nie spędziłem tam więcej czasu?”.
Anna Dziewit-Meller: Każdy z tych krajów jest zupełnie inny i na każdy trzeba poświęcić bardzo dużo czasu, bo, tak jak mówię, to nie jest łatwa turystyka. To nie jest wycieczka do Egiptu, gdzie nas zawiozą, pokażą i uświadomią, że to miejsce jest egzotyczne, bo rosną w nim palmy, a ludzie jedzą ostre przyprawy.
Grzegorz Wysocki: Czy pisząc Gaumardżos! zamierzaliście osiągnąć założony z góry cel, chcieliście dotrzeć do konkretnej grupy czytelników? Chodziło Wam przede wszystkim o popularyzację Gruzji, zaszczepienie Polakom czegoś w rodzaju mody, wręcz snobizmu, na Gruzję?
Anna Dziewit-Meller: Nie, pisząc książkę, w ogóle nie myśleliśmy w ten sposób. Ta książka nie miała żadnego celu oprócz tego, że chcieliśmy ją napisać. Nie przypuszczaliśmy też, że ten temat tak zainteresuje ludzi, że książka znajdzie aż tylu czytelników i, co najfajniejsze, że tak wielu z nich ruszy naszym śladem, by na własną rękę odkrywać ten kraj.
Polacy w Gruzji są bardzo lubiani, można powiedzieć, że za samo bycie Polakiem dostaje się u nich kredyt zaufania. To wynika z historii – tej bardzo odległej, czyli czasów carskich, zaborów i nieustannych kłopotów z wielkim sąsiadem, czyli Rosją, z tej nowszej, czyli wspólnoty doświadczeń komunizmu, no i wreszcie z tego, co wydarzyło się w 2008 roku, czyli z przylotu prezydenta Kaczyńskiego do Tbilisi podczas wojny z Rosją. To, niezależnie od ocen politycznych tego gestu i od tego, jak odebrane zostało to w Polsce, uczyniło z Kaczyńskiego bohatera Gruzji.
Gruzinów niespecjalnie interesuje nasza polsko–polska wojenka, nie wnikają w relacje między PIS a PO, doceniają po prostu gest. Imieniem Kaczyńskiego nazwali ulicę w Tbilisi a w Batumi piękny bulwar nadmorski nazwano imieniem Lecha i Marii Kaczyńskich.
Tagi: Anna Dziewit-Meller, gaumardżos!, gruzini, gruzja, Marcin Meller, saakaszwili, Tbilisi
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

