
07-12-2011 Książki WP

„To było tak, jak w ciemnej mordowni, gdzie ktoś komuś dał w twarz i w jednej chwili wstaje cała zgraja kumpli tamtego, żeby się włączyć w wymianę ciosów” - powiedział mój znajomy, widząc, jak cały rząd zakapturzonych chłopaków w sportowych bluzach wstał z krzeseł i ustawił się przede mną w zgodnym ogonku. Było to na którymś z „Portów Wrocław”, festiwali poetyckich organizowanych przez Biuro Literackie, a każdy z chłopaków miał w ręku festiwalowy katalog, każdy otworzył go na stronie z moim zdjęciem, wierszem i biogramem, każdy trzymał w ręku długopis, każdy mówił grzecznie „dziękuję” i odchodził na bok, a na jego miejsce wchodził kolejny. Było ich ze dwudziestu, może trzydziestu. I wszyscy byli uczniami jednego człowieka, Ludwika Gadzickiego, profesora w Technikum Górniczym w Lubinie.
Był to – piszę, z wielkim smutkiem, „był”, bo zmarł właśnie na początku listopada w wieku 67 lat – człowiek-instytucja, bohater anegdot i opowieści. Utrzymywał kontakty z całą rzeszą polskich pisarzy i poetów: kiedy tylko ukazywała się jakaś recenzja ich książki, jakiś wywiad, nowy tomik, Ludwik Gadzicki od razu dzwonił lub wysyłał smsa ze swoimi gratulacjami i, często, uwagami. Śledził polskie życie literackie tak, jak śledzi je wytrawny agent wywiadu: wiedział co, gdzie i kiedy, znał najnowsze publikacje i najciekawsze nazwiska w młodym pokoleniu poetów, wiedział, które pismo opublikowało ostatnio recenzje danej książki. I pasją tą zarażał swoich uczniów. „U mnie – mówił mi kiedyś – uczeń nie musi wiedzieć, co pisał Sęp-Szarzyński, Słowacki, Mickiewicz, bo na to jeszcze ma czas; ale ma znać najnowsze tomy Tkaczyszyna-Dyckiego, Siwczyka, Podgórnik. A jak na to się znęci, to sięgnie po klasykę.”
Gdzieżby – mógłby sarkać jakiś literacki wykwintniś – na „prowincji”, w jakiejś „szkółce dla roboli”, po co to komu? I jakie to-to ma szanse powodzenia? W Warszawie, w Krakowie, w Poznaniu uczniowie najlepszych liceów prawie nie czytają, a co dopiero przyszli górnicy z technikum w Lubinie! Guzik prawda.
Przyjeżdżali na legnickie Forty a potem wrocławskie Porty, przychodzili tłumnie na czytania, żywo dyskutowali o tekstach. Pojawiali się potem na wieczorach autorskich – pamiętam, jak kiedyś w Legnicy przyszło ich kilkunastu i po troszeczku wychodzili. Wstydzę się teraz, że wówczas sobie pomyślałem, że może po prostu nudziło ich czytanie poezji; tymczasem następnego dnia zadzwonił pan Ludwik, mówiąc: „Tylko niech pan sobie nie pomyśli, że oni wychodzili z nudów. To są chłopaki z małych miejscowości w okolicy, oni mieli ostatnie pekaesy do domu. Ale nie chcieli wyjść razem, żeby ci, co mają autobus później, mogli jeszcze trochę posłuchać, dlatego tak po jednym, po dwóch”.
Woził swoich uczniów – kolejne roczniki, bo przecież w szkole zmiana pokoleniowa trwa raptem kilka lat – nie tylko na festiwale literackie, ale i do teatrów, był bowiem również teatromanem. Czytam właśnie rozsiane po sieci wspomnienia o nim i dowiaduję się, że po tym, jak po raz tysięczny przyprowadził grupę uczniów na spektakl, zarzucił liczenie. Teatr w Legnicy zorganizował mu nawet benefis, w którym sam wystąpił na scenie w jednej z ról – a przecież, jak sam wspominał pan Gadzicki, „urodził się na wsi, gdzie nie było nic prócz smrodu” i kiedy wymykał się do teatru, ojciec spuszczał mu lanie.
W ogóle: zawikłane życie. Jak z książki, trochę jak z Myśliwskiego, jak z Nowaka: urodzony pod Tarnopolem „repatriowany”, czyli, de facto, wysiedlony na tzw. „ziemie odzyskane”, studiował filozofię na rzymskim Gregorianum, bo chciał zostać jezuitą – ale zmienił plany i ostatecznie, ukończywszy krakowską polonistykę, objął posadę nauczyciela. Trzydzieści cztery lata w tej samej szkole. Gargantuiczny w swoim pożeraniu kultury; siwy, nieco rozczochrany, z patriarchalnym brzuchem, rubaszny tym typem rubaszności, który nie pochodzi z prostactwa, ale maskuje niebywałą delikatność duszy. Z bystrym, uważnym spojrzeniem. Ze skłonnością do uroczego gadulstwa i ceremonialnych przemów. Nieraz z, owszem, zapędami dyktatorskimi. Poeta z tomikiem na koncie, ale bez poetyckiej sławy – ale jakie to w ogóle może mieć znaczenie?
Tagi: Festiwal Literacki Port Wrocław, lubińskie technikum, Ludwik Gadzicki, poezja, port literacki, teatr w legnicy, Wrocław
Łże Dehnel i to jest racja poniżej .
Po czym poznać kłamcę? Łże na końcu i początku. Dowody? Czasem z pomocą przychodzą hipotezy science-fiction. (Albo fitness - jak napisałby Dehnel). Bez względu na przeciwieństwa losu warto wskazać na najpiękniejsze w literaturze światowej, a nawet wierszach polskich (Mickiewicza, znaczy się) Jacka Dehnela pożegnanie ze zmarłym: to właśnie ono: następuje, ponieważ zmarły miał w przeciwieństwie do Dehnela pewną przedziwną właściwość: żył. A Jacek Dehnel w ogóle nie znał zmarłego, a życie mu doszył. Jak krawiec obszczany. Ani Dehnela w 1999 roku nie było na forcie, ani teraz go nie ma. Komu wierzyć?:-) Kogo żałować?-)
Szkoda, szkoda, szkoda!!! Czy naprawdę wszyscy muszą czytać tylko plotka jakiegoś? Pewnie, nie trzeba zaglądać do portali, ale chciałoby się wiedzieć co tam i tu, co przedtem i teraz...w kulturze oczywiście.Pozdrawiam
Kurczę, szkoda, że poszłam do Kopernika zamiast do Technikum Górniczego. I druga szkoda, że kończy Pan z publikowaniem felietonów na wp. Zawsze czekałam na nie z niecierpliwością. Pozdrawiam.
szkoda, fajnie się czytało. teraz już w ogóle nie będzie ambitniejszych tekstów
Wielka szkoda, czekałam na te Pana felietony, pozdrawiam :)
Smutne, 67 lat, czyli nie doczekał tuskowej emerytury.

