Felieton

Gdańska sawantka

08-07-2011 Książki WP

  A A A
Gdańska sawantka
Inne

            Są książki, które istnieją w naszym życiu na długo, zanim do nas trafią; mrugają z oddali, to zabłysną, to znikną, wysyłają jakieś fale; ktoś nam o nich opowiadał, ktoś chwalił, ktoś wspominał – i kiedy ostatecznie do nich docieramy, czy też one do nas docierają, czy też, należałoby może powiedzieć, docieramy do siebie nawzajem, następuje z dawna oczekiwane spotkanie, które wcale nie musi skończyć się zachwytem; czasem jednak nim się kończy. Tak właśnie miałem z pamiętnikami Johanny Schopenhauer.

            Gdańskie wspomnienia młodości znałem tylko z opowieści; po raz pierwszy zostały w Polsce wydane pół wieku temu, w 1959 roku, w niewielkim chyba nakładzie – w każdym razie w Gdańsku trudno je było zdobyć; jeden egzemplarz był jednak dostępny w bibliotece Polskiego Radia i to stamtąd wypożyczyła go moja babcia, gdańszczanka podówczas świeżo upieczona, która z miejsca zachwyciła się wspomnieniami matki słynnego filozofa. Schopenhauer... no, ostatecznie – mawiała – ale jego matka! To był dopiero talent.” Chętnie, jak zapewniała, wróciłaby do tej książki, ale jedyny egzemplarz z biblioteki radiowej został wkrótce potem niecnie wyniesiony. Jak to z dobrami rzadkimi w PRLu bywało.

I tak Gdańskie wspomnienia młodości stały się dla mnie Dziełem Zaginionym, z którego cytuje się, z pamięci, niedokładnie, jakieś urywki, historyjki, ale które pozostaje niedostępne, jakby zamieszkiwało zupełnie inny wymiar. Wracało jednak do mnie co jakiś czas i, kiedy ostatnio znów jakoś „wynikło” w rozmowie, od niechcenia sprawdziłem na Allegro, czy jakiś egzemplarz się nie zaplątał na internetowe aukcje; jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że pamiętniki zostały raptem rok temu wydane w serii Biblioteka Gdańska przez wydawnictwo słowo-obraz/terytoria. Wydane, dodajmy, w typowej dla tego wydawnictwa przepięknej szacie graficznej – co okazało się kiedy tylko książka do mnie dotarła, bowiem nie muszę chyba wspominać, że z miejsca ją kupiłem: blisko sto rycin, wykonanych głównie przez jednego z najwybitniejszych rytowników epoki, gdańszczanina Daniela Chodowieckiego. Chodowieckiego Johanna zresztą znała osobiście – uczęszczała bowiem do szkoły prowadzonej przez jego matkę, a artysta wykonał nawet jej odręczny portrecik, który później, co przyznaje z żalem, zniszczyła, chcąc go ładnie pokolorować akwarelami.

            Mniejsza jednak o ilustracje – nawet jeśli uprzyjemniają lekturę i wzbogacają ją o konieczny niekiedy kontekst wizualny, tego Gdańska bowiem, tych widoków, tych typów ludzkich zwyczajnie już nie ma – ale tekst, tekst! Rzadko, doprawdy rzadko trafiają się pamiętniki sprawiające czytelnikowi tak ogromną frajdę. Bo też i Johanna Schopenhauer to pierwszorzędna opowiadaczka historii, obdarzona talentem do żywego portretowania bohaterów, która w historię swojej młodości wplata niezliczone drobne narracyjne całości, miniopowiadanka, pełne humoru i empatii wobec współtowarzyszy życia.

            Weźmy rozdzialik o Moserze, buchalterze ojca Johanny, wiecznym narzeczonym najsłynniejszej fabrykantki katagonów miasta Gdańsk, panny Nesselmann, z którą mieszkał w jednym domu bez uszczerbku dla sławy, jak również i cnoty obojga. Kiedy w parę lat później harcapy zaczęły wypierać katagony, a w końcu górę wzięła peruka z harcapem, czułe serce panny Nesselmann nie mogło tego znieść, zmarła!

            Nie do wiary, a jednak prawdziwe, że ledwie upłynął rok i jeden dzień od jej śmierci, a mały niewdzięcznik ożenił się tym razem, ale z jej następczynią w coraz to bardziej podupadającej pracowni.

            Moja dobra, miła matka strofowała go za to poważnie.

-       Ach - westchnął, uśmiechając się, pan Moser - nazywa się tak samo jak nieboszczka, Adelgunde!

            Toż to najprawdziwszy Maupassant i Hrabal w jednym. I – bliższy z pewnością autorce, a nam nieco dalszy, choć przez wielu głęboko kochany – Laurence Stern, który taką postać z pewnością mógłby wprowadzić w okolice dworu Shandych. Czy można sobie wyobrazić bardziej sternowski początek niż Przybyłam na świat w dzień pocztowy, których wtedy było tylko dwa w tygodniu, a nie jak obecnie siedem. Stąd utrzymywali niektórzy, że moje urodziny nie wypadły ojcu zbyt poręcznie, gdyż przeszkodziły mu w jego sprawach handlowych.? Nieprzypadkowo – Johanna uwielbiała Sterna (w Calais była urzeczona, mogąc poznać opisanego przezeń w Podróży sentymentalnej właściciela hotelu) i widać, że między innymi u niego właśnie brała lekcje stylu. Między wieloma innymi, mamy bowiem do czynienia z kobietą bardzo oczytaną.



Tagi: dehnel, felieton, felietony, Gdańskie wspomnienia młodości, Jacek Dehnel, Johanna Schopenhauer

oceń
16
13
Podziel się

Opinie

Ocena: 0 [0]
~Wendy [2012-02-22 10:30]

Sawantka? Kto niby jest tą sawantką? Johanna Schopenhauer? Czytałam tą książkę i panie Jacku chyba się pan grubo myli. A może po prostu nie wie pan co oznacza to słowo.

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~Clark_Kent [2011-07-14 20:51]

Byłem ostatnio w Gdańsku, po raz pierwszy zresztą, i przecierałem oczy ze zdumienia, gdy zobaczyłem, że dom Schopenhauerów jest... na sprzedaż!

odpowiedz

Szukaj w serwisie

Zakupy

O firmie| Dla prasy| Reklama| Biznes z WP| Skontaktuj się z WP| Praca| Prywatność| Polityka antyspamowa| Regulamin
Zobacz wszystkie serwisy| RSS
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska