Felieton

Egzemplarze specjalne

17-07-2007 Książki WP

  A A A
Egzemplarze specjalne
Inne
Minęło już ponad dziesięć lat od czasu, kiedy siostra mojego dziadka, wówczas ponaddziewięćdziesięcioletnia, opowiadała mi, jak to weszła w 1945 roku do swojego mieszkania w Siedlcach i zobaczyła jakiegoś obcego mężczyznę, chodzącego w wielkich buciorach po książkach wybebeszonych z domowej biblioteki. „Panie, co pan robi, to są książki!” – krzyknęła. „Paniusiu, wojna jest, to wszystko przepadnie, lepiej niech się pani sobą zajmie” – mruknął, ale jednak zszedł z książek i gdzieś się zabrał. A była to przeurocza Historya malarstwa Haldane Macfalla w tłumaczeniu Kasprowicza, piękne wielkie tomy w czerwonych oprawach ze złoconymi secesyjnymi ornamentami. „I co – mówiła ciocia Jasia – tyle lat minęło, on już dawno ziemię gryzie, a książki dalej są”.

Że książki mają swoje losy, to wiemy nie od dziś – tu i ówdzie w szkolnej bibliotece wisi jeszcze zakurzony napis (najchętniej wykaligrafowany patykiem na bristolu, opalanym dekoracyjnie zapalniczką) „Habent sua fata libelli”, koniecznie z polskim tłumaczeniem „I książki mają swoje losy”. Mało kto wie, że napisał to w swoim dziele De litteris, de syllabis, de metris Terentianus Maurus, Terencjan Maur (o którym dowiadujemy się tyle, co nic – żył w II albo w III wieku, pochodził z Mauretanii, był łacińskim teoretykiem literatury, pisał heksametrem o prozodii; skromne wiadomości jak na dorobek całego życia) i że jest to klasyczny przykład cytatu wyrwanego z kontekstu, zresztą też funkcjonującego na prawach aforyzmu: „Pro captu lectoris habent sua fata libelli”, „los książek zależy od pojętności czytelnika”. Co ma już zupełnie inny sens, ale o tym kiedy indziej.

„Książka” znaczy tu tyleż „dzieło”, czyli jakiś byt idealny, ponadjęzykowy (bo audiobook Pani Bovary wydany w Malezji w 2001 roku będzie w tym rozumieniu tą samą książką, co francuski pierwodruk, a nawet odręczne szkice Flauberta), jak i konkretny egzemplarz: strony, grzbiet, okładki (no, przynajmniej dla nas – bo dla Terencjana Maura podstawową formą książki był jednak wciąż zwój, nie kodeks). Każdy posiadacz pokaźnej domowej biblioteki ma swoje ulubione egzemplarze „z historią”. Otrzymane w prezencie, odziedziczone, kupione w antykwariacie, znalezione na śmietniku. Widać po nich z jakiego domu pochodzą, jak się z nimi obchodzono, gdzie trzymano – jedne mają pozaginane rogi i zaplamione strony, inne czuć papierosowym dymem, jeszcze inne należały do pedantów, którzy rozginali książkę tylko na 45 stopni, na tyle, żeby było widać druk, ale żeby nie zdefasonować grzbietu; zachowywali obwoluty w nienagannym stanie i wklejali bardzo eleganckie ekslibrisy. W ogóle pieczątki własne i biblioteczne, podpisy, kulfony „Arek Barcikowski, klasa II a”, to cała galeria ludzkich charakterów – począwszy od służbowego (na niebiesko: „Biblioteka Szkoły Podstawowej nr 18 w Poznaniu” i obok, na czerwono: „egzemplarz usunięty ze zbioru”), przez snobistyczny (ekslibris z herbem „Wczele” i napisem „De bibliotheca mgr. Andrzeja Pyćko), po maniakalny (podpis odręczny „Alina Krochmalska” na co dziesiątej stronie). Nie mówię już o notatkach na marginesach, bo to temat na kilka takich felietonów, jak ten.


Tagi: dehnel, felieton

oceń
6
2
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

Szukaj w serwisie

Zakupy

O firmie| Dla prasy| Reklama| Biznes z WP| Skontaktuj się z WP| Praca| Prywatność| Polityka antyspamowa| Regulamin
Zobacz wszystkie serwisy| RSS
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska