Felieton

Dodawanie jabłuszek

24-06-2011 Książki WP

  A A A
Dodawanie jabłuszek
Thinkstock

Był mokry wieczór, padał deszczyk wiosenny, a ja wracałem ciepłym wagonikiem wukadki z muzeum w Stawisku, poczytując sobie z dużą radością ostatnie rozdziały A Confederacy of Dunces Johna Kennedy'ego Toole'a – i miałbym się wspaniale aż do stacji Warszawa Śródmieście, gdyby nie życzliwa starsza pani.

Życzliwa starsza pani, korpulentna, z loczkami, z uśmiechem na okrągłej twarzy zapytała: „Przepraszam, pan Dehnel (ze wszystkich liter mojego nazwiska szczególnie wyraźnie wymówiła nieme h)? Wraca pan ze spotkania w muzeum?”, po czym popadła w monolog, z którego zrozumiałem, że była u syna, że dowiedziała się o spotkaniu w ostatniej chwili, że nie mogła, że chciała, że chciała i nie mogła, że bardzo żałuje, i tak dalej. Zaś po tym wszystkim, usiadłszy naprzeciwko, przybrała najbardziej uśmiechnięty i życzliwy wyraz twarzy i, tonem najwyższego komplementu, powiedziała:

„Wie pan, bo ja tak uwielbiam tę pana powieść, Lala! Ten mój egzemplarz to jest zupełnie zaczytany, tak samo jak Traktat o łuskaniu fasoli, te dwie powieści o mojej ukochanej Kielecczyźnie... obie leżą przy moim łóżku na nocnym stoliku. I jak nie mogę spać, to po nie sięgam, czytam, i spokojnie zasypiam.”

Zniosłem to z mężną miną i uprzejmym, bo jakżeby inaczej, uśmiechem – tak, jak przyjąć należy komplement. Nastąpiły ukłony i pożegnania, pani przesiadła się gdzieś dalej, do koleżanki czy może krewnej, a ja otworzyłem Toole'a – ale zamiast czytać o kolejnych klęskach, dotykających Ignatiusa O'Reilly'ego zastanawiałem się nad tą prawidłowością. Już któryś raz z rzędu spotykałem się z takim rozumieniem literatury: książka to coś pomiędzy pigułką nasenną a kąpielą z bąbelkami o aromacie cytrusowym. Odpręży, uśpi, zrelaksuje.

To samo powtarza się nieraz na spotkaniach z czytelnikami: panie bibliotekarki otwierając albo kończąc wieczór mówią o tym, że książki niosą odprężenie, że „tak na tej sali odpoczęliśmy”, że „te słowa były kojące i wszyscy z pewnością wyjdziemy w lepszym nastroju”. Ba, i żebym jeszcze mówił coś kojącego – ale nie, nie jestem terapeutą, moje poglądy na świat niespecjalnie rozpraszają życiowe lęki. Tylko literatura jest odbierana jako maszynka do masażu, a pisarz – jako jej, bo ja wiem, przedłużenie, nakładka? Chodzi o to, żeby było miło i relaksująco, „żebyśmy wszyscy się odprężyli”.

Oczywiście, istnieją książki rozrywkowe; błahe romanse, kryminały, miałkie powieści pociągowe, sformatowane na dwugodzinną podróż z punktu A do B; istnieją zbiory dowcipów, wydania skeczów kabaretowych, całe mnóstwo tekstów służących rozrywce. Lecz przecież – zostawmy już na boku moją książkę – przywołany przez moją współpasażerkę Traktat o łuskaniu fasoli nie należy do tej kategorii.



Tagi: CZYTANIE, dehnel, felieton, Jacek Dehnel, odpoczynek, recenzenci, rozrywka

oceń
7
3
Podziel się

Opinie

Ocena: 0 [0]
~elżbieta [2012-01-17 20:45]

Bez przesady. To, że odpręża, nie oznacza od razu, że jest "lekka, łatwa i przyjemna". Bo odprężać się można np. po dniu bezsensownego wciskania klientom kitu w pracy. Wtedy przeczytanie czegoś szczerego, mądrego, "Lali" czy "Traktatu..." może być całkiem kojące. Pozdrawiam Autora!

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
miqn [2011-09-14 10:28]

Trudno się z tą tezą nie zgodzić, ale z drugiej strony jest to tylko element o wiele szerszego zjawiska - swego rodzaju powszechnej infantylizacji i daleko idącej specjalizacji społeczeństwa (mam na myśli tutaj postawę ludzi na zasadzie "jestem dobrym fizykiem, więc niech nikt ode mnie nie wymaga, żebym wiedział, czym jest bakteria, bo to nie moja dziedzina). Jak wspomniała już poprzedniczka - nie tylko książce można to zarzucać, ale też innym dziedzinom życia. Najbardziej widoczne jest to w spotach reklamowych, gdzie królują obecnie "stworki-przytulaski", które mają rozczulać ludzi (tak mi się zdaje). Taka jest obecnie zasada, ale przecież jest też książka/serial/film bardziej wymagające, chociażby ostatnia "Samotna wyspa" Houellebecq'a (pierwszy z brzegu przykład). Po prostu rynek działa na zasadach "dla każdego coś dobrego" i, przynajmniej teoretycznie, każdy znajdzie coś dla siebie (niestety zasadą jest, że faktycznie większość chce czegoś lekkiego i przyjemnego). Trochę to brzmi jak narzekanie na książkę tylko dlatego, że nie jest się jej odbiorcą. Jeśli nie jest się nastolatką, to nie sięga się po "Zmierzch", żeby potem powtarzać, jaka to jest niedojrzała proza; tak samo osoba dorosła nie powinna krytykować bajek dla dzieci, argumentując, że np. upraszczają rzeczywistość i są moralizatorskie.

odpowiedz

Ocena: 0 [2]
sylviacecylia [2011-07-18 14:06]

Proszę się nie dziwić, Panie Dehnel, że czytelnicy oczekują od lektury odprężenia. Nie lubię sztuki nowoczesnej, która stara się zaszokować odbiorcę, podczas gdy potrzebuje ona/ona odrobiny piękna na co dzień. Literatura odprężająca, wcale nie musi być łatwa w odbiorze. Chodzi raczej o to, żeby dawała się czytać. Twórcy z mainstreamu (z wyjątkami takimi jak Pan) piszą rzeczy po prostu niezrozumiałe. Nie mam nic przeciwko eksperymentom z formą, pod warunkiem, że nie uniemożliwiają jakiejkolwiek percepcji. Doszło do tego, że aby przeczytać zwykłą powieść do czytania, należy, paradoksalnie, sięgnąć po fantastykę: Pilipiuka, Komudę, Kossakowską, czy Jarosława Grzędowicza. Zwłaszcza w utworach dwóch ostatnich, panuje niesamowity, mroczny klimat. Zresztą polska fantastyka stoi na bardzo wysokim poziomie. Mnie odpręża np. Terry Pratchett, (ostatnio moją ulubioną bohaterką jest Tiffany Obolała),dobra polska fantasy oraz czytanie starych podręczników kroju i szycia. Obecne tam aluzje do trudnej sytuacji gospodarczej, są po prostu bezcenne :-)

odpowiedz

Ocena: 0 [2]
~AB [2011-07-06 03:02]

Dobry Boże, naprawdę nie ma w tym kraju literatów, którzy potrafią pisać tak, żeby czytelnik nie ziewał po kilunastu zdaniach?

odpowiedz

Ocena: +1 [1]
~Agnieszka [2011-06-25 12:27]

Panie Jacku, to dziś norma, wszystko ma być lekkie, łatwe i przyjemne. Muzyka, film, serial, sztuka i literatura oczywiście - tylko rozrywka! Bo życie takie smutne, złe, trudne, to po co jeszcze główkować nad tym. Pani Łepkowska w programie pana Lisa stwierdziła, że widz kocha jej seriale, bo są lekkie, łatwe i przyjemne, a Dr. House jest za trudny i nie ma oglądalności. I owa pani nie ma sobie nic do zarzucenia, bo odpowiada na gust większości. A kto ten gust wykształcił przez lata? Owa pani. W dziedzinie literatury czas chyba też na edukację. Ma pan szansę na spotkaniach autorskich, aby podsumowania bibliotekarek wyglądały inaczej, a z recenzentami dobrze wejść w polemikę. Pozdrawiam.

odpowiedz

Szukaj w serwisie

Zakupy

O firmie| Dla prasy| Reklama| Biznes z WP| Skontaktuj się z WP| Praca| Prywatność| Polityka antyspamowa| Regulamin
Zobacz wszystkie serwisy| RSS
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska