Felieton

Bierut na Wawelu, czyli zjazd szczeciński wiecznie żywy

13-09-2011 Książki WP

  A A A
Bierut na Wawelu, czyli zjazd szczeciński wiecznie żywy
AFP/Michal Cizek

            W 1949 roku, jak wiadomo, władze komunistyczne zorganizowały Zjazd Szczeciński, gdzie literatom polskim podano odgórnie wytyczne jak powinna wyglądać literatura w nowej ojczyźnie. Socrealistyczne teksty powstawały już wcześniej, ale ich wysyp nastąpił dopiero po pamiętnym zjeździe; były to nie tylko peany na cześć Stalina i innych „wielkich przywódców” ale i tzw. „produkcyjniaki”, krótkie, lekkie w czytaniu powieści dla świeżo zalfabetyzowanych mas, którym sprzedawano głodne kawałki o zwiększaniu normy, tropieniu bumelantów i sabotażystów (przeważnie „zbirów z AK”), a także o przemianie bohatera, który rozumiał, że dotychczas miał niewłaściwy stosunek do pracy i kolektywu robotniczego, więc składał samokrytykę i rozpoczynał nowe, pożyteczne społecznie życie.

            Po śmierci Stalina i „Odwilży” 1956 roku socrealizm upadł; próbował się nieco odrodzić w formach nieudolnej kultury masowej (słynne „słuszne ideowo” powieści milicyjne), ale ostatecznie przepadł w burzliwych falach czasu i spoczywa sobie spokojnie w lamusie historii literatury. Tak przynajmniej sądziłem do niedawna, ale okazuje się, że postulowany przez posła Girzyńskiego wysyp „literatury posmoleńskiej” (pisałem o tym przy okazji dramatu Wiesny Mond-Kozłowskiej) skutecznie galwanizuje trupa i oto mamy pierwsze jaskółki nowego socrealizmu, który od dawnego różni się jedynie rekwizytami i nazwiskami, ale reprezentuje ten sam literacki poziom, toporną propagandowość i oderwanie od rzeczywistości.

 

            Dzielnym przedstawicielem tego nurtu jest pan Witold Gadowski. Dziennikarz śledczy, wykładowca Uniwesytetu Papieskiego, poeta (publikował m.in. – obok poety Sakiewicza – w mock-offowej antologii pod wymownym tytułem „Flaki z nietoperza”), a ponadto urzędnicza szyszka: przez dwa lata dyrektor Wydziału Informacji Urzędu Miasta Krakowa i rzecznik prezydenta tego miasta, potem przez dwa lata szef pierwszego programu TV Kraków, wreszcie przez pół roku szef pierwszego programu Telewizji Polskiej. I, last but not least – bloger. To właśnie na blogu (dzięki uprzejmości linkującego przyjaciela) przeczytałem perły prozy, które wytoczyły się spod pióra tego żarliwego literata.

            Przebiłem się przez kilka wpisów i właściwie każdy z nich nadaje się do szczegółowej analizy dla takiego miłośnika „książek najgorszych”, jak ja. Mamy, na przykład, ociekającą pogardą relację z wakacji nad polskim morzem, gdzie rzekomo ubóstwiany przez autora naród pokazuje swoje zwyczajne, bezflagowe, codzienne oblicze i – skoro nie odpowiada fantazmatowi – musi zostać zmieszany z błotem. Obok kliniczny przypadek tego, co nazywam syndromem „Powstańców kanapowych”: pan dziennikarz-wykładowca-dyrektor, wracając ze spotkania z czytelnikami, trafia na pęknięcie w kolistym kontinuum czasu i znajduje się na barykadach powstańczej Warszawy, strzela ze stena, daje się opatrzyć sanitariuszce, rozmawia o polskości, słyszy od wysokiego blondyna (nic dziwnego – do Powstania nie brali ani niskich, ani ryżych, ani łysych) freudowsko pobrzmiewające: „Te, nowy, rygluj nam tyły!” – po czym wraca na swoją blogerską kanapkę czy fotel prezesa i opowiada czytelnikom o prawdziwym bohaterstwie. Ale nowelka socrealistyczna „Prawdziwek” bije wszystko na głowę.

 

            Znajdujemy się na wsi gdzieś na Ścianie Wschodniej. Jest nędza (wiadomo, dziedzic-krwiopijca swoje wyżłopał!), ludzie żeby przeżyć łapią się byle jakich zajęć, ale są honorni i długi spłacają. Główny bohater, Maciej, ma trzech synów (czwartego w drodze), a jeden z nich – o imieniu, jakżeby inaczej, Jasiek – jest chorowity, więc, jak mówi lekarz, powinien jeździć nad morze. Cóż jednak, skoro pieniędzy brak! Chorowity Jasiek jest, oczywiście, wyjątkowo bystry. Fascynuje się postacią niedawno zmarłego prezydenta Bieruta, czyta wszystkie artykuły dotyczące tej świetlanej postaci. I choć miejscowi kułacy odsądzają prezydenta od czci i wiary, a Maciej w ogóle o Bierucie nie myśli, jest bowiem politycznie nieuświadomiony, to jednak niespełna siedmioletni Jasiek budzi w nim słuszne klasowo poglądy, dopomina się bowiem wycieczki do Warszawy:

Pewnego dnia Janek przyszedł ze szkoły i z dorosłą mina zakomunikował mu, że musi dotknąć tego „sarofagu”, gdzie leży pan prezydent.

- Sarkofagu – poprawił go machinalnie.

- Tato, sam kiedyś mówiłeś, że najlepiej świat poznaje się własnymi rękami.

- Tak, ale..

- Proszę cie, chce dotknąć pana prezydenta przez ten sarofag.

- Po co?

- Bo wtedy będę prawdziwiej myślał.

- Prawdziwiej, Jasiu...?

- Tak, bo co innego czytać z gazet, a co innego jak się poczuje ręką, przyłoży buzie, posłucha.



Tagi: dehnel, grafomania, Jacek Dehnel, katastrofa smoleńska, lech kaczyński, smoleńsk, socrealizm

oceń
8
6
Podziel się

Opinie

Ocena: 0 [0]
~Daro [2011-11-12 20:37]

Wsie dzielą się na większe - te mają nawet kilka sklepów, mniejsze - mają jeden sklep i małe - tu trzeba drałować do sklepu do innej wsi albo jes obwoźny (obsługuje kilka wsi odwiedzając je innego dnia). W obu ostatnich napewno pieczywo kupuje się na zamówienie i jest drosze niż w mieście. Więc cena około czterech złotych za trzy duże bułki nie dziwi, choć pan ma racje biedniejsi kupią duży bochen chleba niż bułki bo taniej wychodzi.

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~fi [2011-09-22 08:43]

cóż - cieszę się, że nie dane mi było poznać żarliwej twórczości P.Gadowskiego.

odpowiedz

Ocena: 0 [2]
~Puchacz [2011-09-16 15:16]

Byle jaki tekst możemy zamienić na socrealizm przestawiając parę słów. Choćby Kochanowskiego: TREN VIII Wielkieś mi uczynił pustki w kraju moim, Mój drogi Stalinie, tym zniknieniem swoim! Pełno nas, a jakoby nikogo nie było: Jedną genialną duszą tak wiele ubyło. Tyś za wszytki mówił, za wszytki kierował, Wszytkiś w państwie kąciki zawżdy dopilnował. Nie dopuściłeś nigdy matkom się frasować Ani ojcom troskami zbytnimi głowy psować,(…) Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu, Nie masz ojca narodu, nie masz powierzyć się komu. Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje, A serce swej pociechy darmo upatruje. Proza Gadowskiego wpisuje się w nurt literatury politycznej, ale to zdecydowanie nie powód by nazywać ją socrealizmem. Podobnie polityczne dzieła (lepsze i gorsze) ukazują się na całym świecie, ale nie nazwie Pan chyba socrealistą np. Sołżenicyna (a przecież konflikt tam podobny - biedny lud kontra partyjne elity). Zresztą tendencję Pańskiego artykułu dobrze podsumowuje cytat z B. Russela: "Bolshevik: anyone whose opinion I disagree with."

odpowiedz

O firmie| Dla prasy| Reklama| Biznes z WP| Skontaktuj się z WP| Praca| Prywatność| Polityka antyspamowa| Regulamin
Zobacz wszystkie serwisy| RSS
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska