
15-11-2011 Książki WP

Mógłbym zacząć zdaniem podobnym do jednego z ostatnich zdań tej opowieści: Łańcuch licznych zgonów i nieoczekiwanych dziedzictw sprawił, że na mojej dłoni legła książka. Książeczka właściwie, sześćdziesiąt stroniczek (do tego jeszcze kilkanaście stron komentarza tłumaczki) w formacie tak niewielkim, że mieści się rzeczywiście na dłoni. W moim przypadku łańcuch zgonów i dziedzictw nie był na szczęście długi, za to bolesny dla polskiej literatury: niedawno zmarła jedna z naszych najwytrwalszych tłumaczek literatury rosyjskiej, Ałła Sarachanowa, a książeczka została mi ofiarowana przez jej przyjaciółkę (skądinąd też tłumaczkę; mówi o niej jako o swojej „Mistrzyni”), która pomagała zlikwidować jej krakowskie mieszkanie.
W chwili, w której piszę te słowa, jest późne lato, przełom sierpnia i września, i wszystko składa się w ciąg rocznic. Przedśmiercie (bo tak nazywa się książeczka) zostało wydane w pierwszych latach wolnej Polski – bo dopiero wtedy było to możliwe, cenzurę skasowano rok wcześniej – równo dwadzieścia lata temu (Druk ukończono we wrześniu – czytam w stopce) i zarazem pięćdziesiąt lat od opisywanych wydarzeń. Zatem, co zliczyć może nawet humanista, teraz mija od nich lat siedemdziesiat. 31 sierpnia 1941 roku jedna z największych poetek rosyjskich, Marina Cwietajewa (na zdj.), zaszczuta przez radziecki aparat władzy i ucisku, powiesiła się w Jełudze, zapyziałej miejscowości nad brzegami Kamy w Tatarskiej SRR.
Ale na razie jeszcze lato, parę dni wcześniej; plac w pobliskim Czystopolu. Wojska Hitlera posuwają się – jak dotąd niepowstrzymane – w głąb Rosji, ludność masowo ucieka na wschód; łączy się w tej ucieczce bezładność z centralnym planowaniem: wedle niego literatów i ich rodziny ewakuowano właśnie do Czystopola i w okolice. I na tym placu, w letnim kurzu i zgiełku, spotykają się dwie potwornie udręczone kobiety.
Lidia Czukowska to córka wybitnego poety, krytyka i tłumacza, Kornela Czukowskiego, doktora honoris causa uniwersytetu w Oksfordzie, wychowana w najlepszych sferach artystycznych, wierna towarzyszka Anny Achmatowej – przyjechała tu, schorowana (cierpi na chorobę Basedowa), z córeczką Luszą i bratankiem Żenią, codziennie wygląda wiadomości o swoich bliskich. Nie rozumiałam jeszcze wtedy – napisze później w Przedśmierciu – że brak wiadomości – to wielkie dobrodziejstwo Gdy wydostałam się nareszcie z Czystopola, wieści posypały się na mnie jak grad. Mój młodszy brat, ojciec Żeni, poległ pod Moskwą; mój pierwszy mąż, ojciec Luszy, zginął w Leningradzie (nie wiedziała bowiem również, że formuła wyroku „10 lat bez prawa do korespondencji” w stalinowskiej nomenklaturze oznaczała po prostu rozstrzelanie). Moi kijowscy krewni, ratując się przed Niemcami, wyjechali ostatnim transportem – w przeciwnym razie skończyliby w Babim Jarze! Ale śmierć dosięgła staruszków w drodze: zmarli na tyfus wprost na podłodze dworca, na małej stacji kolejowej.
Druga kobieta, Marina Cwietajewa, to muza i jedna z ikon przedrewolucyjnej Rosji. Swego czasu, jako żona białego oficera, uciekła z nowej radzieckiej ojczyzny, ale rodzina, nieodnajdująca się na emigracji, nalegała na powrót: - Pewnego razu mąż przyniósł do domu gazetę – opowiada w „Przedśmierciu” – oczywiście proradziecką, w której były fotografie stołówki dla robotników w jednej z prowincjonalnych fabryk. Nowe stoliki, wykrochmalone obrusy, lśniące nakrycia; na środku każdego stolika – dzbanek z kwiatami... Mówię mu: a na talerzech – co? A w głowach – co? […] A w przyszłości – co? Niebawem wszyscy mieli się dowiedzieć, co w przyszłości. Po blisko dwudziestu latach emigracji Cwietajewa chcąc, nie chcąc, wróciła do Rosji: jej mąż, który na fali proradzieckiego entuzjazmu został agentem NKWD, był zamieszany w kilka paskudnych afer i musiał zbiec z Francji, a ona najwyraźniej nie wyobrażała sobie samotnego życia.
Wrócili w sam raz na Wielką Czystkę: najpierw aresztowano córkę poetki, potem męża. Jej życie zmieniło się w koszmar, który dzieliła z milionami Rosjan, którzy nic nie wiedzieli o losie najbliższych, wystawali pod bramami więzień w niekończących się kolejkach, czekali na listy, liczyli na odmianę losu, na ułaskawienie niewinnie skazanych. Na próżno, oczywiście.
Spotykają się na placu. Szczupła kobieta ubrana na szaro. Szary beret, szary jak ze zgrzebnicy płaszcz i w rękach jakiś dziwaczny woreczek. […] spojrzała na mnie od dołu, głowę miała lekko przechyloną na bok. Twarz taka jak beret: szara. Rysy subtelne, ale jakby nabrzmiałe. Policzki zapadnięte, oczy żółtozielone, spojrzenie uporczywe, ciężkie, badawcze. Tak Czukowska zapamiętała Cwietajewą z tamtego dnia – ale przecież sama nie wyglądała pewnie lepiej; obie wykończone, chore, zadręczające się posępnymi myślami, na skraju załamania. I z tego jednego spotkania, z kilku następujących po sobie dni, wychodzi całe Przedśmiercie: zapis ostatnich dni Cwietajewej, która przechodzi przez piętrzone nieustannie biurokratyczne kłopoty z zameldowaniem, szuka mieszkania, próbuje recytować wiersze, chodzi po Czystopolu ze swoim groteskowym woreczkiem.
Tagi: dehnel, Jacek Dehnel, język rosyjski, literatura rosyjska, rosja
Nie wiedzieć czemu pańskie słowa o trzech damach wywołały z pamięci Lechonia i jego pobyt w Nowym Jorku. Tragizm ludzkiego losu, może dlatego? Bo przecież NYC, nawet tamten z lat 40 i 50, trudno nazwać zapyziałym miasteczkiem, jeśli już, to raczej bezdusznym molochem. Oczywiście grzechem nie do odpuszczenia byłoby próbować porównywać miejsce i losy trzech kobiet z Lechoniem i jego życiem w NYC, ale gdy czytam dziennik poety, z każdej stronicy sączy się obsesja straconego czasu, psychiczne rozdarcie człowieka, który kochał życie a jednak nie umiał znieść jego ciężaru. A jak już mowa o małych książeczkach, mam przed sobą "Wspomnienia warszawskie" Słonimskiego. Wydanie z 1957r. Z kilku powodów ta malutka książeczka warta jest przeczytania.

