RSS

Recenzje

recenzent
Dorota Tukaj
Dorota Tukaj

ocena

6/10

"Legion": Było ich wielu, choć widziano jednego

  A A A
Dorota Tukaj książka: Legion

Gdybyśmy poznali tylko tytuł najnowszej powieści Brandona Sandersona, nie widząc okładki i nie czytając noty wydawcy, moglibyśmy sobie łamać głowę, dlaczego nasz ulubiony pisarz nagle przerzucił się z fantastyki na historię; wszak pierwsze skojarzenie, które przychodzi nam na myśl na dźwięk słowa "legion”, to jednostka rzymskiego wojska. Ale to błędny trop. Trzeba sięgnąć do innych tekstów kultury, pochodzących zresztą z tegoż samego okresu rzymskiej dominacji. "Na imię mi Legion, bo nas jest wielu” – powiada w Ewangelii wg św. Marka demon, którego Jezus wypędza z ciała opętanego.

Wielu jest także … ludzi? Z jednej strony można ich tak nazwać, bo każdy z nich ma imię i nazwisko, ma określoną sylwetkę, głos, kolor skóry, oczu, włosów, ma też konkretne umiejętności i upodobania, a z drugiej… czy mogą być ludźmi, skoro nie widzi i nie słyszy ich nikt poza jedną jedyną osobą, Stephenem Leedsem, którego mózg tworzy ich niemal na zawołanie, gdy potrzebuje utrwalić zgromadzone informacje? Stephen zdaje sobie sprawę, że są niematerialni i że on sam nigdy nie jest żadnym z nich – każde z tych kilkudziesięciorga istnień, nazywanych przez niego aspektami, występuje zawsze obok niego, czasem samo, czasem w towarzystwie kilkorga innych, gotowe do służenia wiedzą i radą w zakresie najrozmaitszych dziedzin ludzkiej aktywności – nie całkiem więc spełnia podstawowe kryterium osobowości wielorakiej. A w takim razie kim jest on i kim są oni? Stanowi to nieustający obiekt zainteresowania zarówno psychiatrów, psychologów i neurobiologów, jak też dziennikarzy; on sam twierdzi jedynie: „granicę szaleństwa przekracza się w chwili, gdy stan umysłowy uniemożliwia funkcjonowanie, prowadzenie normalnego życia. Zgodnie z tymi standardami nie jestem ani odrobinę szalony”. I w istocie prowadzi normalne życie, jeśli zaakceptujemy fakt, że mieszka sam (dokładnie rzecz biorąc, z kamerdynerem) w kilkudziesięciopokojowej rezydencji, w której każde pomieszczenie urządzone jest pod gust jednego z aspektów, i że jego praca przypomina pracę prywatnego detektywa, różniąc się od niej głównie kalibrem zleceń i warunkami ich wykonywania. Bo, na przykład, jedno z nich wymaga wyjazdu do odległego kraju, w którym trudno będzie się porozumieć po angielsku, a stosunkowo łatwo – zadrzeć z miejscową organizacją przestępczą, inne znów zmierzenia się z bezwzględnymi najemnikami, zatrudnionymi przez instytucję, która bez względu na koszty pragnie wydrzeć rywalom tajemnicę epokowego odkrycia. Raz przyda się były żołnierz sił specjalnych, specjalista od komputerowej obróbki zdjęć, tłumaczka posługująca się przynajmniej dwoma egzotycznymi językami i ktoś, kto ma sporą wiedzę o danym regionie; innym razem potrzebna jest współpraca z „fizykiem specjalizującym się w mechanice temporalnej, przyczynowości i teoriach kwantowych”, grafologiem, technikiem kryminalistyki…

Legion” składa się z dwóch minipowieści. W pierwszej z nich, pod tymże tytułem, Stephen ma odnaleźć pracownika pewnej firmy, który zaginął (został porwany?) wraz z unikalnym sprzętem własnej konstrukcji. A sprzęt to nie byle jaki, bo… aparat fotograficzny zdolny do wykonywania zdjęć przeszłości. W drugiej, zatytułowanej „Legion: Pod skórą” – rozwiązać sprawę zwłok tragicznie zmarłego naukowca, które w zagadkowy sposób zniknęły z prosektorium; już sam ten fakt jest cokolwiek przerażający, a cóż dopiero, gdy wychodzi na jaw charakter tajemnicy, do której klucz znał tylko nieboszczyk (i być może zabrał ze sobą do… no właśnie, nie wiadomo, czy do grobu, czy gdzie indziej)! W każdą z wypraw zabiera ze sobą kilkoro aspektów, budząc nieustające zdziwienie i ciekawość postronnych – no, bo co mają myśleć o człowieku, który w samolocie prowadzi dialog z kilkoma pustymi fotelami? Niech sobie myślą, co chcą; Ivy, J.C., Tobias, Arnaud i kto tam jeszcze Stephenowi towarzyszy, nie muszą być widoczni, by byli skuteczni! Czy rozwiązanie będzie po myśli zleceniodawców, to już cokolwiek inna sprawa…

Sanderson, jak już pewnie podejrzewaliśmy, potrafi opowiedzieć każdą nierealną historię – niezależnie od tego, czy zechce ją przekazać w konwencji mniej lub bardziej klasycznej fantasy, czy, jak w tym przypadku, thrillera sci-fi – nie zatracając swojego charakterystycznego dowcipu i równie charakterystycznego stylu, z którym tłumaczka w tej chwili radzi sobie już doskonale. Potrafi też zaskakiwać wyczynami swojej wyobraźni; jeśli nawet ktoś przed nim wpadł już na pomysł osobnika, który potencjalizuje swój umysł, zasiedlając go nowymi osobowościami, to zapewne nie potrafił go wplątać w tak wymyślne perypetie. Pytanie tylko, czy każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu ta zmiana gatunku? Ci, którzy nie są zdeklarowanymi miłośnikami fantasy, będą zadowoleni, że mogli spróbować czegoś innego, choć nie umknie ich uwadze fakt, że te dwa teksty nie sprawiają wrażenia skończonej całości – raczej preludium do jakiegoś większego cyklu, w którym, po pierwsze, będzie można poznać możliwości i wzajemne relacje pozostałych aspektów Stephena, po drugie zaś, wyjaśni się sprawa Sandry, której rola w życiu bohatera została tutaj ledwie zasygnalizowana. Reszta zapewne doceni kreatywność i technikę pisarską autora, ale daleko będzie do zachwytu doznawanego przy lekturze „Duszy cesarza”, „Elantris” czy „Drogi królów”.



oceń
ocena: 1.4
głosów: 482
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!