RSS

Recenzje

recenzent
Dorota Tukaj
Dorota Tukaj

ocena

8/10

"Jeszcze jeden oddech": Odejść bez lęku

  A A A

Jeszcze nie tak dawno choroby nowotworowe były w literaturze tematem tabu. W ostatnich paru dekadach sytuacja się zmieniła i na półkach księgarskich pojawiły się liczne pozycje poruszające to zagadnienie - albo opisujące walkę z rakiem z perspektywy szczęśliwców, którym się powiodło („Mój powrót do życia” Armstronga, „Lewa, wspomnienie prawej” Kofty), albo dokumentujące niekorzystny przebieg choroby (wówczas zwykle uzupełniane i oddawane do druku przez bliskich zmarłego - jak „A Private Battle” Corneliusa Ryana i Kathryn Morgan Ryan, „Czasami wołam w niebo” Tamary Zwierzyńskiej-Matzke i Svena Matzke, „Chustka” Joanny Sałygi – lub w całości przez nich pisane, jak „Śmiertelni nieśmiertelni” Kena Wilbera czy „Ćwiczenia z utraty” Agaty Tuszyńskiej).

Lekarze statystycznie chorują na nowotwory równie często, jak reszta populacji, a znacznie lepiej orientują się w temacie. Ale chyba mniej są skłonni do chwytania w potrzebie za pióro, by podzielić się ze światem swoimi doświadczeniami i odpowiedzieć na pytania: czy łatwiej znosić ból, niesprawność, skutki uboczne działania leków, kiedy się dokładnie wie, co czym jest spowodowane? Czy, zdając sobie dokładnie sprawę z natury choroby i możliwości leczenia, podchodzi się do przyszłości bardziej optymistycznie, czy wręcz przeciwnie, bardziej pesymistycznie? Czy ma się pokusę pokierowania własnym leczeniem, czy też przyjmuje się z ulgą możliwość zdjęcia z siebie odpowiedzialności i oddania się w ręce innych specjalistów?

Spróbujmy te kwestie przeanalizować na przykładzie Paula Kalanithiego, amerykańskiego neurochirurga, który jako jeden z nielicznych lekarzy i pacjentów zarazem zdecydował się udokumentować swoje zmagania z nieuleczalną chorobą.

Kiedy cała historia się zaczyna, Paul ma niecałe trzydzieści sześć lat i właśnie kończy specjalizację z neurochirurgii (trochę późno, nawet jak na warunki amerykańskie, bo o studiach medycznych pomyślał dopiero po uzyskaniu magisterium z literatury angielskiej); jest dobry w swoim fachu i spodziewa się otrzymać posadę adiunkta na swojej macierzystej uczelni. Dopiero wtedy, będąc pewnym stabilnego zatrudnienia z dobrym wynagrodzeniem i nie musząc wszystkiego podporządkowywać tokowi edukacji, ma zamiar pomyśleć o powiększeniu rodziny. Na razie dokłada wszystkich sił, by sfinalizować to, co zaczął. I sądzi – przez ładnych kilka miesięcy – że coraz szybsza utrata wagi i coraz dotkliwsze bóle pleców to skutki przepracowania. Wiadomo, praca neurochirurga bywa wyjątkowo stresująca i wyczerpująca, operacje mózgu czy kręgosłupa potrafią trwać po kilkanaście godzin. Zdjęcie kręgosłupa nie wykazuje zmian, więc, uspokojony, ratuje się środkami przeciwbólowymi. Kiedy te przestają działać, a dodatkowo pojawiają się kolejne dolegliwości, które udaremniają mu spędzenie kilkudniowego spotkania ze znajomymi, postanawia poddać się dokładniejszym badaniom. A te nie pozostawiają złudzeń: to nowotwór, i to z licznymi przerzutami. Ale przecież trzeba próbować – a równocześnie trzeba się zastanowić, co zrobić z życiem, które nagle zaczyna się toczyć zupełnie nie według dotychczasowego planu. Założyć, że wbrew typowym rokowaniom, o których koledzy-lekarze mówią nadzwyczaj powściągliwie, będzie można jeszcze przez kilka lat pracować, by jak najwięcej zaoszczędzić? Że się zdąży zaznać tak długo odkładanej radości rodzicielstwa? Ale jeśli nawet tak – czy nie jest egoizmem powołanie na świat dziecka, które najpewniej będzie znało ojca jedynie z fotografii? Paul i jego żona Lucy długo roztrząsają te kwestie, by ostatecznie podjąć decyzje takie, jakie by zapadły, gdyby choroba była przewlekła i dokuczliwa, ale potencjalnie niegroźna: tak, wróci do pracy, kiedy tylko poczuje się na siłach; tak, zostanie ojcem, choć będzie to sporo kosztowało (dosłownie i w przenośni, bo w tej sytuacji „jedyną opcją wydawał się rozród wspomagany”). I jednym, i drugim niedługo będzie się cieszył; choroba znów da o sobie znać jeszcze przed narodzinami córki, a bardziej agresywne leczenie okaże się skuteczne tylko na krótko i w dodatku obarczone licznymi powikłaniami. Gdy już będzie ostatecznie wiadomo, że nie pozostało mu wiele czasu, zacznie spisywać swoje refleksje i wspomnienia, zdając sobie sprawę, że sam tej książki nie dokończy…

To nie jest taki drobiazgowy i systematyczny zapis wydarzeń, jak u Ryana (pisarz-dokumentalista, specjalizujący się w rekonstruowaniu wielkich wojennych kampanii, okazał się bezkonkurencyjny w relacjonowaniu własnej – daremnej – batalii o życie; polecałabym jego książkę wszystkim, którzy nie boją się zetknięcia z tą trudną tematyką, gdyby tylko została przetłumaczona na polski). Kalanithi nie spisuje metodycznie przebiegu i wyników wszystkich badań, nie cytuje dosłownie każdej rozmowy z kolegami-lekarzami, wybierając zamiast tego pogrążenie się w retrospekcjach; zajmują one równo połowę objętości tekstu napisanego przez samego autora i obejmują całą jego drogę do zawodu, od lat szkolnych po ostatnie etapy stażu specjalizacyjnego. Gdyby był okulistą czy dermatologiem, nie miałoby to takiego znaczenia, ale neurochirurgia należy do tych specjalności, w których szczególnie często staje się oko w oko ze śmiercią. Paul przypomina sobie sytuacje, gdy to on musiał rozmawiać z rodzinami ciężko, czasem nieuleczalnie chorych pacjentów, dyskutować opcje ryzykownych zabiegów i szanse powrotu prawidłowej czynności mózgu. To doświadczenie sprawiło, że gdy on sam znalazł się w podobnej sytuacji, potrafi spojrzeć na kwestię własnego życia z dużo większym dystansem. Można się spierać, czy – jak głoszą napisy na okładce – jest to historia „niosąca nadzieję”, która „ogromnie inspiruje”: niełatwo czerpać inspirację z faktu, że młody człowiek w pełni sił twórczych odchodzi, nie zdążywszy nawet doczekać pierwszych kroków swego dziecka, a i nadziei w tym wszystkim tyle, co na lekarstwo. Można się zastanawiać, czy dziewczynka powołana na świat, by osłodzić umierającemu ojcu ostatnie miesiące życia, nie będzie czuła doń żalu za to, że z rozmysłem ją skazał na dorastanie bez jego wsparcia. Trudno natomiast odmówić tej opowieści siły przekonywania.

Tak - mówi zza grobu Kalanithi i potwierdza to jego żona, autorka wzruszającego epilogu - można pogodzić się ze śmiercią, można umierać świadomie, nie zgłaszając pretensji do Boga/losu ani ludzi; można swoim podejściem do własnego odchodzenia podtrzymać na duchu tych, których się opuszcza. I być może również tych, którym zostawiło się przesłanie w postaci takiej książki, choć oni jeszcze nie znają dnia ani godziny...

 



oceń
ocena: 5
głosów: 1
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!