
01-09-2010
Gdy życie się wali, najlepiej rzucić wszystko i przenieść się do domku na wieś. Który to domek oczywiście mamy, bo jakżeby inaczej. I na łonie natury, obserwując kwiaty i grzyby, podejmując miłych gości własnoręcznie upieczoną szarlotką, dochodzić do równowagi. By na koniec stwierdzić: na cholerę było mi to wszystko? To całe użeranie się z miejską karierą, złym mężem... Po co to wszystko, skoro w domku na wsi, nad morzem, nad rozlewiskiem jest tak dobrze?
Żeby trzy kobiety z Westport wydały nam się jeszcze bardziej znajome, do ogranego motywu domku jako antidotum na katastrofę życiową Cathleen Schine dodała oprawę przypominającą Rozważną i romantyczną: Betty zostaje porzucona przez męża i wraz z dwiema córkami – szaloną i romantyczną Mirandą oraz poważną i zamartwiającą się Annie – „zostawiona bez środków do życia", jak głosi zdanie na obwolucie. Pewnie wielu z nas chciałoby być w takim stopniu pozostawionym bez środków do życia, bowiem panie Weismann nie tylko mają dach nad głową, ale też kupują sobie kostiumy Chanel i kajaki. To ostatnie w celu badania duszy podczas wiosłowania na wzburzonym morzu, gdyby ktoś się nie domyślał. Badanie duszy przez Mirandę o mały włos nie kończy się jej utonięciem, do akcji wkracza jednak klasyka romansu w postaci młodego przystojniaka z muskułami. Niedoszła topielica i jej ratownik oczywiście zakochują się w sobie i tak dalej.
Cathleen Schine nie bardzo potrafi się zdecydować, o co jej chodzi. Chce być i rozważną, i romantyczną. Sentymentalne czytelniczki (bo mężczyźni raczej po tę książkę nie sięgną) kusić konstelacjami miłosnymi a la Danielle Steel, te bardziej krytyczne – ironizującym spojrzeniem kogoś stojącego z boku. Ciągnie ją do romansu, namiętnych uczuć, do ciepłej atmosfery, gdzie matka i córka niemalże ćwierkają zamiast rozmawiać, a w pobliżu stoi na warcie gotowa do pomocy rodzina i przyjaciele. Momentami słodycz aż zgrzyta. Z drugiej strony, Schine nie może się wyzbyć owego ironicznego, często aż brutalnego spojrzenia na sprawę. Wydaje nam się, że Annie i Miranda to romansujące dziewczęta, ale po jakimś czasie dociera do nas, że to pięćdziesięcioletnie kobiety, co i rusz uświadamiające sobie zbliżającą się starość. Zresztą całe towarzystwo z Westport albo już wkroczyło, albo właśnie wkracza w smugę cienia, a spostrzeżenia autorki na temat starości są zadziwiająco trzeźwe i trafne. Podobnie jest z oceną charakteru „romantycznej" Mirandy i jej matki – Schine zdecydowanie sympatyzuje z „rozważną" Annie, tak jak kiedyś Jane Austen sympatyzowała z Eleonorą. Obie panie, jedna pięćdziesięcioletnia, druga zbliżająca się do osiemdziesiątki, traktują życie jak piknik, teatralizują rzeczywistość i wpadają w poetyckie nastroje – wszystko to nie umyka krytycznemu oku Schine, choć jednocześnie zdaje się ją bardzo bawić. Pokazuje ona jednak, że w swoim własnym umyśle człowiek nigdy się nie starzeje – nawet gdy stoi przed śmiercią, trudno mu uwierzyć, że to brzydkie, wypłukane z seksualności ciało to on sam. I że ci dorośli mężczyźni to własne dzieci, którym niepotrzebna jest już matczyna troska i głaskanie po głowie. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że to poruszające analizowanie starości i sympatyzowanie z postawą Annie ma na celu tylko zamydlić oczy „rozważnym" czytelnikom, by nie zauważyli tego, co na innym planie wyprawiają „romantyczne" postacie: kombinują, gdzie by tu ulokować niewyczerpane pokłady miłości i erotyzmu: może w dziecku, może w kimś tej samej płci, może w kimś dużo starszym, a może w dwudziestolatce? A kombinują tak, że się w końcu czytać odechciewa.
NPB("005");
Wielkie zdziwienie
Moje wielkie zdziwienie dotyczy zamieszczonej na okładce książki opinii NY Review of Books. Wydawałoby się, że to poważna instytucja. Tymczasem ich zachwyt nad mniej niż przeciętnym czytadłem jest co najmniej dziwny. Rozbieżność między znakomitą opinią wystawioną przez w/w instytucję, a faktyczną wartością powieści jest zadziwiająca. Powielane schematy, wszechobecna nuda i przewidywalne zakończenie. Szkoda czasu nawet dla tych, którzy nie cierpią na jego niedostatek.

