
Kiedy Wasilij Grossman oddał do wydawnictwa swoje dzieło życia, wybitną epopeję zatytułowaną Życie i los, władza zareagowała błyskawicznie spuszczając ze smyczy swoje służby. KGB wdarło się do domu prześladowanego pisarza i skonfiskowało nie tylko maszynopis i kopie (na szczęście jedną autor zdołał przekazać przyjaciołom), ale i bruliony oraz kalki z maszyny do pisania. Próbowano zatrzeć wszelkie ślady istnienia dzieła, które stanowiło zagrożenie dla dumnego imperium, zaś jeden z głównych partyjnych ideologów, Michał Susłow, powiedział Grossmanowi, że nie ma żadnego powodu, aby dodawali je do bomb atomowych, które wróg chce wystrzelić przeciw Związkowi Radzieckiemu. Nie była to jedyna „bomba atomowa”, jaką przygotował Grossman – drugą bronią masowego rażenia serc i sumień stała się powieść Wszystko płynie. Powstająca na fali odwilży, ukończona została w 1963 roku, a wydana dopiero osiem lat później, oczywiście nielegalnie. W Polsce również ukazała się w drugim obiegu, w roku 1984. Nakładem oficyny W.A.B. na półkach księgarskich pojawiło się wreszcie oficjalne wydanie Wszystko płynie, dzieła stanowiącego jedno z najwspanialszych świadectw koszmaru sowieckich łagrów.
Powieść tę otwiera pojawienie się w poststalinowskiej Rosji człowieka, który od dziesięcioleci nie ośmielał się nawet marzyć, że są gdzieś na świecie krzaki bzu, bratki i wózki z wodą sodową. Człowieka wyrzuconego ongi na margines życia i pamięci za to, że ośmielił się rzec, że wolność jest równie cenna, jak życie. Relegowano go za to z uniwersytetu i skazano na trzy lata zsyłki. Siedział lat trzydzieści - taka to już była sowiecka arytmetyka. Iwan, tak miał bowiem na imię bohater Wszystko płynie, zniknął z serc i umysłów tych, którzy go znali; część poczuła zapewne żal, większość – ulgę. Wyrwany z dna zbrukanych sumień, powróciwszy do żywych rozdrapywał stare rany, które już dawno zdążyły się zabliźnić. Jego przybycie stało się przyczynkiem do refleksji tych, których odwiedził, ich swoistego rachunku sumienia, po którym pozostaje albo żal za grzechy, albo utopienie ich w kolejnych kłamstwach. Jego stryjeczny brat, Nikołaj, który dawniej podpisał się pod listem piętnującym lekarzy podczas słynnej antysemickiej prowokacji, musiał zmierzyć się ze swą gotowością do przyjęcia pewnej nieprawdy, dobrowolnej zgody na nikczemność. Dzięki bratu pojął, że całe jego życie było oparte na niemym, bezwolnym posłuszeństwie, zaś radziecki socjalizm to nie tylko piękne idee wygłaszane ex cathedra, ale i Kołyma, kanibalizm podczas kolektywizacji i zagłada milionów istnień ludzkich. W postawie Nikołaja doskonale widać cechy znacznej części narodu radzieckiego, w którym uwielbienie i posłuszeństwo mieszało się ze strachem przed terrorem tych, których wielbiono. Jest to bardzo charakterystyczne zarówno dla tej powieści, jak i pozostałych dzieł Grossmana, stąd też nie ma się co dziwić, że władze tak panicznie bały się jego prac. Tutaj każde zdanie jest niczym pocisk zmierzający ku sercu totalitarnego systemu, śmiertelnie niebezpieczny i mogący wyrządzić gigantyczne szkody.
Autor opisał bowiem kraj, w którym nawet spontaniczne, żywiołowe oburzenie, wybuchy gniewu i wiece protestacyjne były dokładnie przez wierchuszkę zaplanowane. Pisarze stawali się tu „wielkimi” z partyjnego nadania, zaś zdrajcy ojczyzny, szpiedzy i dywersanci dostawali swoje miano na długo przed tym, zanim o zdradzie ośmielili się pomyśleć. W futurystycznym Raporcie mniejszości Dicka ukazane było społeczeństwo, w którym przestępców chwytano, zanim dokonali zbrodniczego czynu. Jak widać, nie była to nowatorska koncepcja – w Związku Radzieckim praktykowano dokładnie to samo, z tym, że niepotrzebna była po temu prekognicja, wystarczyło wizjonerstwo zastąpić ciężką paranoją. W opisywanym przez Grossmana systemie państwo jest najważniejsze, plan – najistotniejszy, zaś człowiek jest zerem. Bardzo mocno ukazał on nędzę na Ukrainie – kraju pełnym wsi skazanych na śmierć głodową - która doprowadziła do kanibalizmu. Dobitnie stwierdził, że Hitler niewiele różnił się od Stalina, wszak jeden uważał, że Żydzi to nie ludzie, drugi za podludzi uznał kułaków, zaś obaj z równą gorliwością wykorzystywali druty kolczaste do zniewalania kolejnych narodów. Faszyzm postawił autor tuż obok komunizmu, holocaust obok Wielkiego Głodu, nie miał wątpliwości, że Hitler był pilnym uczniem i naśladowcą Stalina w tworzeniu kombinatów śmierci. Sowiecki satrapa, ten dziobaty syn szewca z miasta Gori, jest we Wszystko płynie konglomeratem trzech cech pańszczyźnianej Rosji, nie mającej litości dla ludzi. To zarazem azjatycki, okrutny dygnitarz, rewolucjonista i żandarm wierzący w policję jako główną siłę życia. Grossman nie ma złudzeń, w którą stronę poszły przemiany w jego ojczystym kraju, w powieści znajdziemy takie oto ponure zdanie: „Droga, która się zaczęła od gardzących pieniędzmi, bosych apostołów i fanatyków komunizmu, nieprzypadkowo doprowadziła ostatecznie do ludzi dopuszczających się niezliczonych oszustw dla zdobycia wspaniałej daczy, własnego samochodu i garnka z pieniędzmi”.
Wnikliwie opisał sytuację w więzieniach, zapchanych, przepełnionych, napompowanych ludźmi z każdego praktycznie szczebla drabiny społecznej, narodowej i wyznaniowej. Prycza w pryczę leżał dyrektor obok podwładnego i zdemaskowany obok demaskatora, pokornie czekając na ostatni dar od władzy dla ludu – 9 gramów ołowiu aplikowanego w potylicę. Z równym znawstwem scharakteryzował pokolenie, które odeszło w 1936 i 1939 roku – fanatyków topiących ziemię w morzu krwi, budowniczych tworzących aparat partyjny z równą gorliwością, z jaką stawiali fabryki i tworzyli nitki dróg. Buntownicy ci niepomni byli, że każda rewolucja musi zaspokoić pragnienie krwią swych akuszerów.
NPB("005");
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

