RSS

Recenzje

recenzent
Wojciech Sosnowski
Wojciech Sosnowski

ocena

9/10

Chcemy bić MOMO

  A A A
Wojciech Sosnowski książka: Wroniec

Od czasu do czasu słychać utyskiwania krytyki literackiej, że nie pisze się u nas powieści pokoleniowych. Panuje powszechne zdziwienie, iż wspólne doświadczenia przeżytego czasu w jednym kraju nie owocują powieściami, literatura nie przetrawia, nie oswaja wydarzeń znaczących historycznie. I nie sądzę, by coś się w najbliższym czasie zmieniło - dla pokolenia, które dorastało już w wolnej Polsce historia jako taka jest mało istotna (sukcesywne ograniczenie nauczania tego przedmiotu w szkole nie spotyka z żadnym większym oporem), inne zadania przypadły nam w udziale, niż tradycyjna w Polsce śmierć w jakiejś niepotrzebnej walce z wielokroć silniejszym wrogiem. Jest wszakże jedno wydarzenie, które tkwi w dzieciach Gierkowskiego dobrobytu jak zadra - to stan wojenny. Nie mam zamiaru ukrywać, że jestem mniej więcej rówieśnikiem Jacka Dukaja, miałem tyleż samo lat, co mały Adaś, główny bohater najnowszej książki Wroniec i nie umiem wznieść się na obiektywizm, bo jest ona nie tylko (jak sądzę) o Autorze, ale o mnie, o moich kolegach z klasy w szkole podstawowej i potem średniej. Bo dla nas stan wojenny skończył się dopiero wówczas, gdy podczas swojego expose zemdlał Tadeusz Mazowiecki. Wtedy właśnie stawaliśmy się dorośli, a zła baśń generałów WRON-u dobiegała szczęśliwego końca.

Bo Wroniec jest baśnią właśnie. A czemuż to baśń nie może być powieścią pokoleniową? W tym przypadku nadaje się po temu doskonale, rzeczywistość społeczna wówczas jasno określiła, kto jest dobry, a kto patrzy na świat poprzez ciemne okulary. Dukaj, o co nie sposób go podejrzewać, bo ma on raczej tendencje do komplikowania, dostrzegł to niespodziewane uproszczenie w moralnej ocenie wydarzeń i przyłożył do niej najbardziej adekwatny gatunek. Mały Adaś jest bezpiecznym protagonistą, uosobieniem nas wówczas, siedmiolatek wierzyć może we wróżki, może wierzyć też we wrońce, a może w końcu uwierzyć i w to, że ta niby-rzeczywistość za oknem to jest scenografia do ponurej, nierealnej opowieści, którą snują sobie dorośli, wciągając w nią mimowolnie dzieci. W tym aspekcie Wroniec przypomina mi nieco koncept głośnego filmu Benigniego Życie jest piękne, w którym dziecku, dzięki manipulacji dorosłych, okropna rzeczywistość wydaje się dobrą zabawą. Czytając Wrońca nie do końca wiemy, czy baśniowość to efekt filtracji wydarzeń przez wrażliwość i wybujałą wyobraźnię Adasia, którą pogłębia maligna, czy to opowieść na serio w sensie gatunkowym, na ile groteskowe potraktowanie stanu wojennego można tak określić. Kolejny mocny akcent wykorzystania tego gatunku tkwi w pewnej małości wydarzeń - stan wojenny w powszechnej świadomości przechował się mniej może jako jawna niesprawiedliwość polityczna, zamach stanu, czy wreszcie zdławienie rodzącej się demokracji. Pokolenie moje i moich rodziców pamięta ten okres jako ciąg codziennych drobnych upokorzeń, składających się na jedno wielkie upodlenie: brak niemal wszelkich dóbr, wszechogarniający syf i bałagan, szarość, poczucie niemożności i beznadziei. Dla mnie stan wojenny to również brak Teleranka i gadające głowy w mundurach tego dnia w telewizji, i dorośli - przestraszeni i rozpolitykowani, ale największą wspólnotę dusz z Dukajem poczułem czytając scenę, w której Adaś przygląda się neonowej reklamie PRZEZORNY ZAWSZE UBEZPIECZONY z częścią liter, które się nie świeciły. To właśnie jest ta małość historii, drobne upierdliwości i śmieszności ówczesnej rzeczywistości konstytuują wspólnotę naszego pokolenia, a nie wielkie powstania i hekatomby młodych, o których mógłby potem pisać z niezdrową fascynacją Rymkiewicz.


oceń
ocena: 1
głosów: 1
Podziel się

Opinie

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!