
Obyczajowa literatura kobieca rodzimego pochodzenia święci na naszym rynku coraz większe triumfy. Sprzedają się gigantyczne nakłady książek, powstają na ich podstawie filmy i seriale. Mężczyźni, którym nie wystarczają bardziej „męskie” gatunki prozy popularnej, jak thriller, kryminał czy horror, całkiem słusznie mogą czuć się pokrzywdzeni. I muszą zadowalać się powieściami obyczajowymi z importu, takich autorów jak choćby Nick Hornby, który tworzy dowcipne, a jednocześnie mądre fabuły, prezentujące męski punkt widzenia na rzeczywistość. Autor ten popełnił kiedyś niezwykle sympatyczną Wierność w stereo, opowiadającą o miłosnych perypetiach bohatera, będącego wielkim miłośnikiem muzyki. Na podstawie książki nakręcono autentycznie wzruszający i zabawny film, który wyświetlany był u nas pod tytułem – dla odmiany – Przeboje i podboje.
Łukasz Śmigiel, mający do tej pory w dorobku zbiór opowiadań pod wszystko mówiącym tytułem Demony, pozazdrościł brytyjskiemu pisarzowi udanego literackiego połączenia spraw sercowych z muzyką, grającą w męskiej duszy. Z epizodów własnych radiowych doświadczeń, bogatej mozaiki fascynacji muzycznych, garści zabawnych obserwacji obyczajowych oraz świeżych przemyśleń dotyczących relacji damsko-męskich skomponował udaną opowieść o kondycji współczesnego Polaka, wkraczającego w wiek prawdziwie męski. Dzięki niewątpliwemu talentowi gawędziarskiemu autora, jego Muzykologię czyta się znakomicie, raz z uśmiechem na twarzy, a raz z nostalgią szarpiącą za serce. Szczególnie ujmuje pisarska szczerość i bezpośredniość Śmigla, które czynią fabułę powieści niezwykle wiarygodną, każąc nam podczas lektury naprawdę przejmować się losami opisywanych postaci. Głównym bohaterem powieści jest wrocławski dziennikarz radiowy, który w ciągu ostatniego tygodnia roku przeżywa serię bardziej i mniej fortunnych zdarzeń. Okoliczności zawodowe zmuszają go do spędzania Świąt Bożego Narodzenia w pracy. W ramach swoich obowiązków musi relacjonować festiwal muzyki elektronicznej i opiekować się gromadą stażystów z Berlina. Tymczasem komplikują się również relacje bohatera z przedstawicielkami płci pięknej. Jego dziewczyna Margo, po kilku miesiącach spędzonych na studiach w Stralsundzie, ma wreszcie powrócić do Wrocławia. Bohater nie wie zaś, jak okres rozłąki wpłynął na temperaturę łączących ich uczuć. W mieście pojawia się również Marta, jego wielka, niespełniona miłość. Nasz radiowiec gubi się więc w domysłach, czym może zakończyć się ich spotkanie teraz. Na dokładkę, wraz z dwójką przyjaciół o dźwięcznych ksywkach Cipas i Zged, bohater przygotowuje wielkie sylwestrowe przyjęcie.
Jak łatwo się domyślić, nic nie idzie zgodnie z planem, mężczyźni na równi z kobietami okazują się nieprzewidywalni, a złośliwość rzeczy martwych osiąga apogeum. I mielibyśmy do czynienia z iście grecką tragedią, gdyby nie potężny ładunek dystansu i ciepłego humoru, z którym Śmigiel opisuje perypetie swojego bohatera. Malowany przez pisarza słodko-gorzki obraz przedstawia ludzi pełnych buzujących uczuć i emocji, które jednak ich nie niszczą, nie wywołują agresji i cierpienia, ale stają się siłą napędową życiowych zmian i poszukiwania własnego miejsca w świecie. Tutaj każdy ma swoje racje, ma jakieś cechy budzące sympatię, ale nie jest też wolny od wad. Życzliwość wobec bohaterów, wyrozumiałość dla ich jakże ludzkich niedoskonałości i drobnych słabości, pozwala autorowi zbudować pozytywną opowieść o miłości, przyjaźni i muzyce, które okazują się ze sobą nierozerwalnie związane. Dzięki temu udaje mu się w atrakcyjnej formie przekazać więcej prawdy o współczesnych mężczyznach niż dziesiątkom tomów opowieści o herosach kładących trupem całe tabuny wrogów.
NPB("005");
Do mmm (jesteś nową wersją tych mdlących cukierków?). Nie chodzi o to, że zachodnie zaraz dobre. Książki anglojęzyczne, a tak się składa że jestem absolwentką anglistyki, są pisane innym stylem, moim zdaniem lepiej się je czyta - są bardziej filmowe. To już różni tę powieść od Grocholi (do której nic nie mam, tak przy okazji - dla wielu czytelniczek podobieństwo do tej pani będzie raczej atutem). Po drugie ta książka pokazuje sprawy dmasko-męskie MĘSKIM okiem i to ją zdecydowanie wyróżnia. Obecnie wkręciłam się w zabawę z książkowym blogiem Muzykologa, który także polecam. Piece! Polecam i fanom Grocholi i tym, którzy lubią np. M. Chabona.
mam identyczne odczucia co do fabuly - grochola, grochola i jeszcze raz grochola. do Marty: a to, ze jakas powiesc napisana jest przez zachodniego autora to od razu znaczy, ze jest swietna?:)
Aż się wypowiem... Ta książka nie ma nic wspólnego z Grocholą. Czyta się Muzykologię jak powieść napisaną przez zachodniego autora. Jeżeli już szukacie przesłania, to dotyczy ono tego w jaki sposób wygląda uczucie wśród dwudziestoparolatków. Jest to pierwsza tego typu książka w Polsce, nie przyciężkawa, muzycznie rozwijająca i ostro zabawna :-)) Scena z dmuchaną owcą jest the best!
Jeszcze raz napiszę... Książka nie ma nic wspólnego z Grocholą. Autor pisze jak zachodni pisarz, a najważniejsze jest to, że wreszcie można przeczytać o męskim spojrzeniu na miłość. Powieść jest także mocno humorystyczna. Motywu z dmuchaną krową nigdy nie zapomnę :-)) Polecam!
Fabuła rodem z Grocholi... Całe szczęście, że istnieje jeszcze ambitniejsza literatura.
Zaiste trafne porównanie do "Wierności w stereo". Dla fanów Stinga chyba totalny must have, jakby powieść pisał fan dla fanów.

