Wielkie święto literatury w Krakowie - relacja oraz podsumowanie III Festiwalu Conrada

08-11-2011 | Grzegorz Wysocki / Książki WP

  A A A
Wielkie święto literatury w Krakowie - relacja oraz podsumowanie III Festiwalu Conrada
"__wlasne

Dzień czwarty (sobota, 5 listopada)

Szacunek wobec kultury w przekładzie; wygnanie, z którego można zawsze wrócić; zmyślenie i życie a literatura – oto tylko część z wątków, jakie przewijały się podczas przedostatniego dnia 3. Festiwalu Conrada. A powiedzieć o publiczności, że dopisywała – to mało...

Punktem wyjścia do popołudniowej dyskusji z udziałem Andreja Chadanowicza, Susan Bernofsky, Andersa Bodegarda i Adama Pomorskiego były niebezpieczne – zarazem jednak fascynujące i pociągające – relacje między przekładem a polityką. Do refleksji na ten temat namawiała Magda Heydel, tłumaczka, prowadząca południową Lekcję czytania na temat swojego nowego przekładu Jądra ciemności Conrada.

– Istnieje mnóstwo stereotypów na temat przekładu i poznawania innej literatury – mówił Adam Pomorski. – „Po co na przykład mamy się uczyć literatury litewskiej? Tam przecież dla nas nic nie ma?”, argumentują niektórzy.

Pomorski zwrócił uwagę na to, że problem przekładu i innych kultur leży w konkrecie, którym jest tekst. – Nie możemy brnąć w psychologiczną Jałtę. Musimy pamiętać, że Polacy są różni, Litwini, Czesi też. Nawet Rosjanie są różni, choć trudno w to uwierzyć – mówił autoironicznie autor przekładów m.in. Dostojewskiego. – Musimy pozbyć się stereotypów obcości, a do tego potrzebujemy konkretu i tekstu.

Susan Bernofsky, mieszkająca w Nowym Jorku tłumaczka z języka niemieckiego na angielski, podkreślała, że ważnie jest nie tylko to, czy W OGÓLE tłumaczymy, ale JAK tłumaczymy. Przypomniała przy okazji koncepcję przekładu Friedriecha Daniela Ernsta Schleiermachera, niemieckiego filozofa, który na przełomie XVIII i XIX wieku zaznaczał, że przekład ma charakter polityczny.

Bernofsky podjęła też wątek szacunku w przekładzie. Przywoływała mechanizm „udomowienia”, w której koncepcje z języka obcego przełożone na lokalne warunki zanikają. – To nie jest tłumaczenie z szacunkiem. Taki przekład wymazuje różnice, a ważnym motywem jest przecież przekazanie czegoś z dziedziny kultury. Bernofsky przyznała, że w Stanach Zjednoczonych branża wydawnicza podchodzi do przekładów z szacunkiem wręcz z... nienawiścią.

Anders Bodegard, szwedzki tłumacz, przyjaciel Polski, zdradził, że w Skandynawii istnieje projekt, który zbliża Szwecję, Norwegię czy Islandię. – Są oczywiście ku temu polityczne przesłanki, by utrzymywać tę wspólnotę. Dzięki temu wzmacniane są na przykład kontakty między młodymi szwedzkimi literatami a islandzkimi. Bodegard nadmienił przy okazji również, że Szwedzi uczą się coraz mniej języków obcych dotąd dominujących – np. francuskiego. Coraz więcej osób uczy się za to arabskiego czy chińskiego.

O tym, że przekład jest bardzo ściśle związany z polityką, przekonany był Andrej Chadanowicz. Białoruski poeta, tłumacz i eseista mówił, że na Białorusi istnieje czarna lista zakazanych autorów, a na tym spisie widnieją nazwiska trzech tłumaczy.

Ale przekładów przecież nie sposób zakazać. Gdy Andrej Chadanowicz mówił o „białej zazdrości” wobec państw, które troszczą się o kulturę poza granicami własnego kraju, mógł w zasadzie przywołać takie projekty, jak RADAR. To trójjęzyczne pismo, którego redakcja koordynowana jest z krakowskiej Willi Decjusza, nie tylko cieszy się prestiżem międzynarodowego projektu, ale również dba o to, by każdy publikowany w piśmie tekst ukazywał się w trzech językach: niemieckim, ukraińskim i polskim. Dlatego też w spotkaniu promującym najnowszy numer magazynu wzięły udział pisarki i krytyczki z Ukrainy (Kateryna Babkina), Niemiec (Nora Gomringer) oraz Polski (Joanna Lech).

Problem przekładu i polityczności – w różnych kontekstach - przewijał się podczas wielu spotkań wczorajszego dnia 3. Festiwalu Conrada. Musiał być jednym z podstawowych wątków w trakcie spotkania z Evą Hoffman, polsko-amerykańską pisarką, która wyemigrowała z rodziną do Kanady w 1959 roku, a następnie zamieszkała w Stanach Zjednoczonych. Hoffman to autorka kilku – wydanych również w Polsce – książek, która pisze wyłącznie w języku angielskim. Podczas rozmowy z Tomaszem Bilczewskim mówiła m.in. o tym, jak odbywa się wprowadzenie języka w organizm i indywidualną kulturę. – Wejście psychiczne języka angielskiego we mnie było bardzo ważnym momentem.Obecnie dwukulturowość indywidualnych osób staje się czymś normalnym – mówiła Hoffman, powołując się na przykłady Salmana Rushdiego czy Kazuo Ishiguro. Hoffman o swojej dwukulturowości mówiła w kontekście powrotów do Krakowa i pobytów w Londynie. – W Krakowie studiowałam w szkole muzycznej przy ul. Basztowej. Dzisiaj nawet tamtędy przechodziłam... Muzyka była kiedyś moją pasją. Miałam talent jako dziecko. Ale nie zostałam pianistką, chociaż pozostałam z muzyką. Pisząc o niej – przyznała Hoffman. Pisarka powiedziała przy okazji, w szerszym kontekście, że w obecnym świecie, zwłaszcza w Europie, „nie ma takiego wygnania, z którego nie można wrócić”.

Włoski pisarz Roberto Calasso – z którym spotkanie odbyło się także wczoraj - na literaturę patrzy przez pryzmat przenikania i wyzwania, jakie stawia ona tym, którzy chcą poznać inne kultury. „Calasso – pisze Dariusz Czaja – pokazuje ją (Literaturę) jako przestrzeń różnorodnych historycznie form, unoszonych przez jedno – zawsze to samo – fundujące ją prawo tworzenia. Odsłania ją jako przestrzeń oszałamiających napięć, osobliwych zestrojów, elektrycznych bez mała wyładowań, które mogą wywołać w nas dreszcz ekstazy. Jako cudowny taniec liter krzeszących boskie iskry, pomiędzy którymi, od czasu do czasu, wybłyska święte drżenie”.

Dreszcze – w literackim znaczeniu – wywoływały też opowieści Janusza Rudnickiego. Podczas popołudniowego spotkania (uczestniczyła w nim również Dorota Segda, która odczytała fragmenty tekstów pisarza) autor snuł różnorakie opowieści m.in. z Krakowem w tle. Z trudem dało się odróżnić, które są prawdziwe, a które zmyślone. Ot, literacki dar.

Topos uprzejmości każe wszystkim gościom dziękować za zaproszenie, a publiczności za liczny udział. Zeruya Shalev na piątkowym spotkaniu śmiała się, ze w Izraelu na imprezy tego typu przychodzą czasem tłumy, ale siwych głów. Tymczasem na Festiwalu Conrada – głowy są różnego wieku i różnego koloru. Stwierdzenie Shalev nie było przesadzone. Miejsc brakowało nie tylko na dyskusjach panelowych, ale także na wykładach czy spotkaniach autorskich. Co więcej, poza studentami (liczbowo – grupą najsilniejszą), wśród uczestników rozpoznać można było wczoraj i pisarzy (oczywiste), i animatorów życia kulturalnego (słuszna postawa), i dziennikarzy (właściwa linia redakcji), a nawet polityków (budujące).



Tagi: Conrad, conrada, kraków, Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada, targi książki w krakowie, walser

oceń
6
0
Podziel się


Opinie

Ocena: +2 [2]
~monika [2011-11-10 19:42]

Kraków:)

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~Gosiek [2011-11-10 15:59]

dziewica-do-wziecia.pl - :) wiadomo o co chodzi

odpowiedz

Szukaj w serwisie

Zakupy

O firmie| Dla prasy| Reklama| Biznes z WP| Skontaktuj się z WP| Praca| Prywatność| Polityka antyspamowa| Regulamin
Zobacz wszystkie serwisy| RSS
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska