
23-07-2010 Książki WP

Z tego jednak zarzutu można Nachtweya, jak sądzę, wybronić. Wierzę mu, kiedy mówi: Jestem świadkiem, a te zdjęcia to moje świadectwo. Wydarzenia, których są zapisem, nie powinny zostać zapomniane ani powtórzone. To, że jest mistrzem kompozycji, wynikać może przecież z jakiejś osobistej skłonności, z predyspozycji oka i mózgu, które wybierają i uznają za warte sfotografowania właśnie te, nie inne sceny. Obraz, jeśli ma trafić do wyobraźni widza, zagnieździć się w pamięci, może korzystać ze wszystkich dobrodziejstw sztuki, nawet jeśli jest reportażem i w założeniu ma „oddawać prawdę" (jakby prawda nie podlegała zawsze jakiejś manipulacji: wyborowi kąta widzenia, obróbce, itp.). Piękno kompozycji, uroda tych kadrów, gdzie plamy czerni równoważą plamy bieli, gdzie faktura skóry sąsiaduje z drobnymi źdźbłami trawy, a rozłożone zwłoki wyglądają jak naskalny rysunek, służą wyższej sprawie: właśnie dzięki estetyzacji jest szansa, że krzyk świadka będzie bardziej słyszalny. Ktoś, kto przegląda fotoreportaż w kolorowym magazynie nad cafe latte, w wygodnym fotelu, styka się tylko z ułamkiem doświadczenia świadka, drobnymi wycinkami rzeczywistości. Kunszt pozwala przemówić temu wycinkowi z nadzwyczajną siłą i, być może, cokolwiek zmienić. W widzu, w opinii publicznej, w świecie.
Ale chodzi o coś jeszcze. O wykwint wydania – na który autor miał przecież, jak sądzę, wpływ – o pięknie ułożone stronice z tekstem, wysmakowane liternictwo, rozmiar i jakość reprodukcji. Nie tylko te zdjęcia są piękne, ale i sama książka. To luksusowa – również cenowo, jako luksusowy obiekt – coffee table book, która tylko czeka aż trafi na poręczny stolik żeby znudzony gość mógł przełożyć kilka stron zanim poda się aperitify. Jest coś nieprzyzwoitego – i, zarazem, przez tę nieprzyzwoitość wszetecznie pociągającego – w edytorskiej stronie „Inferna", nawet w cytacie z Boskiej komedii, który wygląda na erudycyjną, salonową zabawkę, na element towarzyskiej konwersacji nad obrazami głodu i śmierci: „Och, skoro cierpienie, to pamiętajmy o „Piekle", tak kunsztownie ułożonym przez Danta!"
Jednym z powodów, dla których nie kupowałem książki Nachtweya przez tak długi czas, było spostrzeżenie, które narzuciło mi się, kiedy tylko zobaczyłem ją na półce w księgarni: za kilkaset złotych można kupić tyle a tyle worków z ryżem, tyle a tyle szczepionek, tyle a tyle kroplówek. Oczywiście, od tego czasu, przez pięć czy siedem lat wydałem na książki wielokrotnie więcej – i, owszem, mogłem te pieniądze przekazać na jakiś szczytny cel; a jednak, wydanie ich akurat na luksusowo oprawione obrazy cierpienia budziło we mnie taki opór, że nawet kiedy zdecydowałem się ostatecznie kupić „Inferno" i dowiedziałem się, że przeceniony egzemplarz właśnie parę dni został sprzedany, tyleż jęknąłem (bezgłośnie) z zawodu, co odetchnąłem (bezgłośnie) z ulgą.
Teraz, kiedy książkę Nachtweya dostałem w prezencie, nie muszę przeliczać jej ceny na kontenery z pomocą humanitarną. Ale mojej współodpowiedzialności za to, co dzieje się na świecie, w żaden sposób to nie umniejsza – mogę tylko znaleźć dla „Inferna" inne zastosowanie i zamiast jako coffee table book traktować je jak stały wyrzut: oprawną w czarne płótno cegłę z napisem „Za dobrze ci". Ale czy to cokolwiek zmienia?
Tagi: FOTOGRAFIA
Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!

