
15-11-2011 Książki WP

Jest to opowieść na wskroś upiorna, bo Cwietajewa jest w gruncie rzeczy upiorem: żyje, ale tylko siłą rozpędu. Pozbawiona pracy, z zakazem publikacji i z „wilczym biletem”, zagłodzona (odejmuje sobie od ust, żeby ratować syna; sekcja jej zwłok wykazała potworne wychudzenie i chorobę głodową), w woreczku trzyma, jak się okazuje, kłębki wełny na sprzedaż – jest to zresztą zapewne ostatnia rzecz, jaką jeszcze sprzedać może.
Niebywała jest wnikliwość z jaką Czukowska opisuje tę desperację – z pewnością dlatego, że sama przecież znalazła się w podobnej sytuacji. Myślę jednak, że o powstaniu „Przedśmiercia” zadecydowało przede wszystkim poczucie winy – winy niezawinionej prawie, głupiego lapnięcia, słów wypowiedzianych nie w porę i z troski. Oto ta chwila: obie brną brzegiem Kamy, po błocie, na którym ułożono deski; Cwietajewa szuka pokoju do wynajęcia na ulicy Butlerowa, szara kobieta z szarą twarzą i woreczkiem.
- Jedno mnie tylko cieszy – powiedziałam, zatrzymując się na chwilę – że Achmatowej nie ma teraz w Czystopolu. Mam nadzieję, że wypadła jej inna karta. Zginęłaby to na pewno.
- Dla-cze-go? – bardzo wyraźnie, sylabizując pytanie, rzekła Marina Iwanowna.
- Dlatego, że nie poradziłaby sobie z tutejszym bytowaniem. Przecież ona kompletnie nic nie umie, nic nie potrafi, nic nie może... Nawet w miejskich warunkach, nawet w spokojnych czasach.
Zauważyłam, jak wykrzywiła się szara twarz za moim ramieniem.
- A ja? Pani myśli, że ja – mogę? - wykrzyknęła Cwietajewa głosem pełnym furii – Achmatowa nie może, a ja, pani zdaniem, mogę?
[…] Stałyśmy chwilę w milczeniu; Marina Iwanowna, jeszcze wzburzona, ciężko oddychała. Potem ruszyłyśmy dalej. Czułam wstyd – tak potrzebne jej było niepodzielne współczucie, tymczasem ja, swoją myślą n i e o n i e j, sprawiłam jej ból. Skręciłyśmy z nabrzeża w wąską ulicę. Lubiłam to miejsce bardziej niż inne – było stosunkowo czyste.
- To jest właśnie ulica Butlerowa – powiedziałam.
- Koszmarna ulica – odezwała się natychmiast Marina Iwanowna – Nie mogę tu mieszkać. Straszna ulica.
Achmatowa, wielka dama, która zresztą miała niebawem trafić do Czystopola (i która jakoś, z pomocą dobrych ludzi, zdołała nie tylko przeżyć, ale i być jeszcze po latach duchową opiekunką innego wielkiego poety, Josifa Brodskiego) i Marina Cwietajewa. Też wielka dama przecież. I Czukowska dama, bez dwóch zdań. Rosyjskie inteligentki z wyższych sfer, kobiety wielkich talentów, zepchnięte na brzegi bagnistej rzeki, pozbawione bliskich, stratowane, podobnie jak miliony współobywateli, przez koszmarną totalitarną władzę.
W tej jednej książeczce, jak w soczewce: one, gigantki, w tym zapyziałym miasteczku, pośród ludzkiej małości, udręczone. Woreczek z wełną, który – jak pisze Czukowska – zapadł jej w pamięć dlatego, że, jak zrozumiała później, przypominał jej inną kobietę: Annę Kareninę, która z podobnym woreczkiem rzuca się pod koła lokomotywy. Cwietajewa, jej nagły wybuch, Czukowska – nieświadoma, że rozmawia z osobą, która za parę dni się powiesi.
I karteczka. Łańcuch licznych zgonów i nieoczekiwanych dziedzictw sprawił, że na mojej dłoni legła kartka. Lekki karteluszek papieru, nie kartka nawet – połowa kartki wyrwanej ze szkolnego zeszytu. Ostrym, wyraźnym, twardym pismem, jakby depczącym nędzny strzępek papieru, skreślone zostało na tym karteluszku:
„Do Rady Funduszu Literackiego.
Proszę przyjąć mnie do pracy w charakterze pomywaczki w otwierającej się stołówce Funduszu Literackiego.
M. Cwietajewa
26. sierpnia 1941 r.”
Stołówkę otwarto w listopadzie – dodaje Czukowska swoim powściągliwym tonem – nie było mnie już wtedy w Czystopolu. Kto otrzymał etat pomywaczki, o który ubiegała się Cwietajewa – nie jest mi wiadomo.
Tagi: dehnel, Jacek Dehnel, język rosyjski, literatura rosyjska, rosja
Nie wiedzieć czemu pańskie słowa o trzech damach wywołały z pamięci Lechonia i jego pobyt w Nowym Jorku. Tragizm ludzkiego losu, może dlatego? Bo przecież NYC, nawet tamten z lat 40 i 50, trudno nazwać zapyziałym miasteczkiem, jeśli już, to raczej bezdusznym molochem. Oczywiście grzechem nie do odpuszczenia byłoby próbować porównywać miejsce i losy trzech kobiet z Lechoniem i jego życiem w NYC, ale gdy czytam dziennik poety, z każdej stronicy sączy się obsesja straconego czasu, psychiczne rozdarcie człowieka, który kochał życie a jednak nie umiał znieść jego ciężaru. A jak już mowa o małych książeczkach, mam przed sobą "Wspomnienia warszawskie" Słonimskiego. Wydanie z 1957r. Z kilku powodów ta malutka książeczka warta jest przeczytania.

