RSS

Fragment

Saga Endera 1. Gra Endera

Saga Endera 1. Gra Endera

tytuł oryginalny: Ender's Game

autor książki: Orson Scott Card

« powrót do strony książki

CHŁOPIEC Z POLSKI



Jan Paweł nie cierpiał lekcji. Mama bardzo się starała, ale jak mogła czegokolwiek go nauczyć, kiedy miała ośmioro innych dzieci - sześcioro do uczenia i dwoje pod opieką, bo były jeszcze malutkie.



Jan Paweł najbardziej nie znosił tego, że ciągle uczyła go rzeczy, które już znał. Kazała mu pisać litery i ćwiczyć je bez przerwy, a tego, co ciekawe, uczyła starsze dzieciaki. Dlatego starał się jak najwięcej zrozumieć z tego gąszczu informacji, jakie wychwytywał z jej rozmów z pozostałymi. Okruchy geografii - nauczył się nazw kilkunastu państw i ich stolic, tyle że nie bardzo wiedział, co to jest państwo. Fragmenty matematyki - mama raz po raz powtarzała z Anną wielomiany, bo Anna chyba nawet nie starała się zrozumieć, ale dzięki temu Jan Paweł nauczył się wszystkich operacji. Jednak poznał je niczym maszyna, nie wiedząc, co naprawdę oznaczają nazwy.

Nie mógł też pytać. Kiedy próbował, mama się niecierpliwiła. Powtarzała wtedy, że dowie się wszystkiego we właściwym czasie, ale teraz powinien się zająć własnymi lekcjami. Własnymi lekcjami? To nie były żadne lekcje, tylko nudne zadania, które doprowadzały go niemal do obłędu. Czy ona nie rozumiała, że umie już czytać i pisać nie gorzej od starszego rodzeństwa? Kazała mu recytować elementarz, gdy przecież bez trudu mógłby czytać dowolną książkę w domu. Próbował jej to powiedzieć.

- Umiem to przeczytać, mamo.
Ale ona odpowiadała:
- Tylko się bawisz, synku. A ja chcę, żebyś nauczył się czytać naprawdę.
Może gdyby nie przewracał tak szybko kartek dorosłych książek, uwierzyłaby mu, że istotnie je czyta. Ale kiedy coś go zaciekawiło, nie potrafił zwolnić tylko po to, żeby zrobić wrażenie na mamie. W dodatku co czytanie miało z nią wspólnego? Było jego własne - jedyny element szkoły, który naprawdę lubił.

- Nigdy nie nadążysz z nauką - mówiła mu nieraz mama - jeśli zamiast czytać, będziesz stale oglądał te grube książki. Popatrz, nie mają nawet obrazków. Dlaczego koniecznie chcesz się nimi bawić?
- On się nie bawi - oświadczył Andrzej, który miał dwanaście lat. - On czyta.
- Tak, tak, powinnam być bardziej cierpliwa i bawić się razem z nim - odpowiedziała mama. - Ale nie mam czasu na...

Wtedy zapłakał jeden z maluchów i rozmowa się skończyła.
Za oknem, na ulicy, inne dzieci szły do szkoły. Nosiły szkolne mundurki, śmiały się i popychały. Andrzej mu to wytłumaczył.
- Chodzą do szkoły w tym wielkim domu - powiedział. - Całe setki dzieci do jednej szkoły.
Jan Paweł był przerażony.
- Dlaczego matki ich nie uczą? Jak mogą w ogóle się czegoś nauczyć, kiedy są ich setki?
- Tam jest więcej nauczycieli, głuptasie. Jeden nauczyciel na jakieś piętnaścioro dzieci. Ale wszystkie w tym samym wieku, wszystkie w każdej klasie uczą się tego samego. Dlatego nauczyciel cały dzień poświęca na takie same lekcje, zamiast przechodzić od starszych do młodszych i z powrotem.
Jan Paweł zastanowił się.
- I każdy wiek ma swojego nauczyciela?
- A nauczyciele nie muszą karmić dzieci ani zmieniać pieluch. Mają czas, żeby naprawdę uczyć.

Ale co by z tego przyszło Janowi Pawłowi? Wsadziliby go do klasy z innymi pięciolatkami i kazali całymi dniami uczyć się głupich czytanek z elementarza. Nie mógłby słuchać, co nauczyciel mówi dziesięcio-, dwunasto- i czternastolatkom, a wtedy naprawdę by zwariował.
- Tam jest jak w niebie - opowiadał Andrzej. - I gdyby tata z mamą mieli tylko dwoje dzieci, mogłyby też chodzić do prawdziwej szkoły. Ale kiedy urodziła się Anna, ukarali nas za niesubordynację.

Jan Paweł miał już dosyć tego słowa, którego nie rozumiał.
- A co to jest niesubordynacja?
- Toczy się taka wielka wojna w kosmosie - wyjaśnił Andrzej.
- To jeszcze wyżej niż niebo.
- Wiem, co to jest kosmos - przerwał mu niecierpliwie Jan Paweł.
- No dobra. W każdym razie jest ta wojna i w ogóle, więc wszystkie kraje na świecie muszą działać wspólnie i płacą na budowę setek, całych setek okrętów kosmicznych. Dlatego postawili na czele całego świata kogoś, kto się nazywa Hegemon. I ten Hegemon powiedział, że nie możemy sobie pozwolić na kłopoty z przeludnieniem, więc każde małżeństwo, które ma więcej niż dwoje dzieci, jest niesubordynowane.

Andrzej skończył, jak gdyby wszystko już wytłumaczył.
- Przecież dużo rodzin ma więcej niż dwoje dzieci - zauważył Jan Paweł. Połowa sąsiadów miała więcej.
- Bo jesteśmy w Polsce - odparł Andrzej. - I jesteśmy katolikami.
- Jak to? Znaczy, ksiądz przynosi dodatkowe dzieci? - Jan Paweł nie potrafił dostrzec związku.
- Katolicy wierzą, że trzeba mieć tyle dzieci, ile Bóg ześle.
I żaden rząd nie może ci nakazać odrzucania darów bożych.
- Jakich darów? - Jan Paweł ciągle nie rozumiał.
- Ciebie, głuptasie. W tym domu jesteś darem bożym numer siedem. Maluchy to dar numer osiem i dar numer dziewięć.
- Ale co to ma wspólnego z chodzeniem do szkoły?
Andrzej przewrócił oczami.
- Naprawdę jesteś tępak - stwierdził. - Szkoły należą do rządu. Rząd musiał wprowadzić sankcje przeciwko niesubordynacji.
A jedna z nich jest taka, że tylko pierwsze dwoje dzieci ma prawo chodzić do szkoły.
- Przecież Piotr i Kasia nie chodzą do szkoły!
- Bo tata i mama nie chcą, żeby uczyli się tych wszystkich antykatolickich rzeczy, które mówią w szkole.

Jan Paweł chciał już zapytać, co to znaczy "antykatolickie", ale zaraz pojął, że to coś w rodzaju "przeciw katolikom", więc nie warto nawet o tym mówić, bo Andrzej znowu nazwie go tępakiem.

Zastanawiał się jednak nad całą tą historią. W jaki sposób wojna doprowadziła do tego, żeby wszystkie państwa oddały władzę jednemu człowiekowi, ten człowiek mówił wszystkim, ile mają mieć dzieci, a dodatkowe dzieci nie mogą chodzić do szkoły.

Przecież to czysta korzyść, prawda? Nie chodzić do szkoły. W jaki sposób Jan Paweł mógłby się czegokolwiek nauczyć, gdyby nie siedział w jednym pokoju z Piotrem, Kasią, Mikołajem i Tomkiem, podsłuchując ich lekcje?

Najdziwniejsze ze wszystkiego było to, że szkoły mogą uczyć antykatolickich rzeczy.
- Wszyscy są katolikami, prawda? - zapytał kiedyś ojca.
- W Polsce tak. A przynajmniej tak mówią. Kiedyś była to prawda.
Ojciec mówił z zamkniętymi oczami. Prawie zawsze je zamykał, gdy tylko gdzieś usiadł.
Nawet kiedy jadł, wyglądał, jakby zaraz miał się przewrócić i zasnąć. To dlatego, że pracował w dwóch miejscach.

Miał jedną oficjalną pracę w dzień i drugą, nielegalną, w nocy. Jan Paweł prawie wcale go nie widywał, tylko rano, ale wtedy ojciec był zbyt zmęczony, żeby rozmawiać, więc mama ich uciszała. Teraz też go uciszyła, choć przecież ojciec już odpowiedział.
- Nie męcz ojca pytaniami, ma ważniejsze sprawy na głowie.
- Niczego nie mam na głowie - oświadczył znużony ojciec. - Chyba już w ogóle nie mam głowy.
- Odpocznij sobie - powiedziała mama.
Ale Jan Paweł miał jeszcze jedno pytanie i musiał je zadać.
- Jeśli wszyscy są katolikami, to dlaczego w szkole uczą antykatolicko?
Ojciec spojrzał tak, jakby jego syn nagle oszalał.
- Ile ty masz lat?

Musiał nie zrozumieć, o co Jan Paweł zapytał, bo przecież nie miało to żadnego związku z wiekiem.
- Pięć, tato. Nie pamiętasz? Ale dlaczego w szkołach uczą antykatolicko?
Ojciec zwrócił się do mamy.
- Ma dopiero pięć lat. Co ty mu opowiadasz?
- Ty mu opowiadasz - odparła mama. - Cały czas wyklinasz na rząd.
- To nie jest nasz rząd, to wojskowe władze okupacyjne. Kolejna próba zniszczenia Polski.
- Tak, tak właśnie mów, to znowu cię u kara ją, stracisz tę pracę i co wtedy zrobimy?
Było jasne, że Jan Paweł nie doczeka się odpowiedzi. Zrezygnował więc. Zachowa swoje pytanie na później, kiedy zdoła zebrać więcej informacji i jakoś je razem połączyć.
I tak płynęło im życie w roku, kiedy Jan Paweł był pięciolatkiem.

Matka wciąż była zajęta, gotowała jedzenie i zajmowała się maluchami, jednocześnie próbując prowadzić szkołę w saloniku.
Ojciec wychodził do pracy tak wcześnie, że słońce jeszcze nie wzeszło, a mama budziła wszystkie dzieci, żeby choć raz dziennie mogły go zobaczyć.

Aż do dnia, kiedy ojciec nie poszedł do pracy i został w domu.
Oboje rodzice byli przy śniadaniu milczący i spięci. Anna spytała, czemu ojciec nie jest ubrany jak do pracy, ale mama rzuciła tylko: "Dzisiaj nie idzie" tonem, który wyraźnie mówił, że dalej wypytywać nie należy.

Przy dwojgu nauczycielach lekcje powinny odbywać się sprawniej. Ojciec jednak okazał się bardzo niecierpliwy, aż Anna i Kasia zdenerwowały się i uciekły do swojego pokoju. W końcu poszedł do ogrodu pielić grządki.

Dlatego kiedy usłyszeli pukanie do drzwi, mama wysłała Andrzeja, żeby go sprowadził. Ojciec zjawił się po chwili, wciąż ocierając dłonie z ziemi. Zanim przyszedł, stukanie rozległo się jeszcze dwukrotnie, każde bardziej natarczywe od poprzedniego.
Ojciec otworzył drzwi i stanął w progu; jego wysokie mocne ciało wypełniało całą wolną przestrzeń.
- O co chodzi? - zapytał. Powiedział to we wspólnym, wiedzieli zatem, że przyszedł jakiś cudzoziemiec.
Odpowiedź była cicha, ale Jan Paweł usłyszał ją wyraźnie.
Głos należał do kobiety.
- Jestem z programu testów Międzynarodowej Floty. Wiem, że ma pan trzech synów w wieku od sześciu' do dwunastu lat.
- Nasze dzieci to nie pani sprawa.
- Jak pan wie, panie Wieczorek, wszyscy chłopcy są poddawani testom, a ja przyszłam, by wypełnić nałożone na mnie przez prawo obowiązki. Jeśli pan woli, mogę wezwać policję wojskową, żeby panu to wyjaśniła.

Powiedziała to tak spokojnie, że Jan Paweł niemal przeoczył znaczenie tego zdania. Było groźbą, nie propozycją.
Ojciec odstąpił z ponurą miną.
- I co zrobicie, zamkniecie mnie do więzienia? Wprowadziliście prawo, które zakazuje mojej żonie pracować, musimy uczyć nasze dzieci w domu, a teraz jeszcze odbierzecie mojej rodzinie wszelkie środki do życia.
- Nie ja ustalam politykę rządu - odpowiedziała kobieta, rozglądając się po pełnym dzieci pokoju. - Interesuje mnie tylko testowanie dzieci.