
Mikrobiolog, doktor nauk medycznych, od wielu lat prowadzi badania w zakresie genetyki molekularnej.

PROLOG Kilka minut przed dwudziestą szpica przekazała meldunek do żółwia dowódczego o dotarciu na przełęcz: “Jesteśmy przy pierwszym markerze granicznym. Żadnej nieoczekiwanej aktywności, żadnego ruchu w dolinach. Oczekujemy dalszych rozkazów”. – Przekaż im, niech wyślą śligi za perymetr – powiedział do adiutanta grup-major. – Nadal nie daję temu wiary. A jeśli to wszystko jest jednak prowokacją? – Niewykluczone. Stara sztuczka...
Wielki finał ewolucji drzewa
Mówi się, ze najtrudniejszy jest zawsze ten ostatni krok. Może dlatego właśnie autorzy cyklów powieściowych zazwyczaj wykładają się na końcu. Jest to choroba której nie ustrzegł się chyba nikt poczynając od debiutantów jak J. K. Rowling aż po wirtuozów pióra jak Stephen King. Tak jakby po jakimś czasie nawet najlepsza historia stawała się ciężarem dla swojego twórcy.
Jak było w przypadku Wawrzyńca Podrzuckiego? Sądząc po tym ile trzeba było czekać na ostatni tom Yggdrasilu jak i samych wypowiedziach autora takie bolączki nie były mu obce, choć moim zdaniem wyszedł z nich zwycięską ręką.
Po złowieszczym prologu książka podejmuje akcję w miejscu gdzie ta zatrzymała się na ostatnich stronach „Kosmicznych ziaren”. I te pierwsze rozdziały przedstawione w stylu znanym z poprzedniej części wchodzą łatwo i szybko w czytelnika. Obserwując zmagania bohaterów zagłębimy się coraz bardziej w przyczyny nagłej niestabilności drzewa. Poszukujemy wraz z Helen Bjorg jej utraconej tożsamości. Kibicujemy zmagającemu się z niecodziennym zakażeniem Tomasowi.
Niestety samo zakończenie przychodzi za szybko, jakby autorowi nie wystarczyło siły żeby zawrzeć na stronach wszystkie te detale, które miał w głowie, a jakich nam wcześniej nie oszczędzał. Niektóre wątki urywają się nagle, postaci znikają zbyt szybko. Jednak trzeba Panu Podrzuckiemu przyznać, swoje osiągnął. Pokazał w tym szybkim finiszu to do czego zmierzał przez całą swoją drogę, opisując zmiany zachodzące w ludzkości. I jest to dobre, dające do myślenia i poruszające zakończenie. Zwłaszcza ostatni monolog Noela.
Pomimo zdecydowanie ponurego finału w historii pojawiaj a się iskierki nadziei. Tutaj na szczególną uwagę zasługuje postać Helen Bjorg, przez kościół ogłoszonej świętą, przez innych uważaną za potwora. Tymczasem gdy przychodzi najgorsze okazuje się ona silną kobietą na właściwym miejscu, niesie ludzkości nadzieję i w pełni zasługuje na miano Heleny Opiekunki.
Patrząc na cały cykl aż dziw bierze czym stała się ta z początku lekka przygodowa historia. Po pierwszej części nie przypuszczalnym, że Yggdrasil zakończy się trudnym pytaniem o kierunek w jakim zmierza ludzkość. Ukazuje niebyt pozytywne mechanizmy funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa i samą ludzką naturę która w walce o przetrwanie gatunku jest dla człowieka największym wrogiem. Cykl ewoluuje z samym autorem wznosząc się na wyższy poziom.
„Mosty wszechzieleni” to godny finał dla zmienionego przez technikę świata i zachęta do przemyślenia. Chociaż wydarzenia opisane w książce długo jeszcze będą „fiction” czas powoli zacząć się zastanawiać gdzie zaprowadzi nas gwałtowny rozwój science.
Super
A zauważyłeś, że ta książka jeszcze się nie ukazała? Jest już wrzesień, tytuł nadal w zapowiedziach a ty już w styczniu pisałeś, że przeczytałeś. I jak tu wierzyć komentarzom?
Super
Dawno nie stwierdzilem ze ksiazka ktora przeczytalem jest dobra. Teraz juz moge (po kilku kiepskich). Dobra!

